Na skróty

19 września 2017

Per aspera ad astra - relacja z 55. Biegu Westerplatte

   Nieco dziwnie się czuję siadając z komputerem na kolanach próbując napisać relacje z ostatnich zawodów. Takich, bądź podobnych, relacji napisałem grubo ponad setkę, a mimo to nie pamiętam czy kiedykolwiek między jedną, a drugą minęło tyle czasu.
   Jakby tego było mało - te zawody. Zdarzało mi się już startować kiepsko przygotowanym. Za to nigdy nie startowałem bez jakiegokolwiek przygotowania. Oczywiście nie miałem obaw czy ukończę. Jednak już ukończenie <60 minut aż takie pewne nie było. SZCZĘŚĆDZIESIĄT długich minut - kurczę jak to wszystko jest przewrotne. W 2011 roku debiutując na dychę nabiegałem 46 minut z haczykiem. Sześć lat później godzinę traktowałem jako wyzwanie. Brzmi nieco jak żart - kiepski żart. A jak do tego dodamy, że tak naprawdę każdy wynik wziąłbym w ciemno jeżeli nie byłby kupiony kontuzją to już w ogóle...
   Niestety ostatnie tygodnie, miesiące, lata walki z kontuzją zrobiły swoje. Cel na 55. Bieg Westerplatte mógł być tylko jeden - ukończyć i z czystą głową pojechać do Berlina (bo tam już aż tak pewien ukończenia nie jestem).

   Na Westerplatte startowałem od 2014 roku. A więc dokładnie od momentu kiedy zamiast mety pod Neptunem biegaliśmy po podmiejskich rewirach na nudnej jak flaki z olejem trasie Pomnik - rondo -Pomnik. Oczywiście było to spowodowane remontami drogowymi, aczkolwiek nie ukrywam, że cholernie nie mogłem się doczekać swojego pierwszego biegu prowadzącego z Westerplatte do centrum Gdańska. Pech chciał, że przypadł on akurat na takie, a nie inne okoliczności, ale dość już tego żalenia się :)
   Chcąc być z Wami szczery muszę wspomnieć, że mimo wszystko nosiłem się z pomysłem, aby sprawdzić na ile mnie stać w tej chwili. Tak bez treningu stanąć i po prostu polecieć ile sił w nogach.
   Na szczęście trochę już pobiegałem w życiu i doskonale wiem jakby to się skończyło. Zapewne skróciłbym sobie trasę do wspomnianego wcześniej ronda, a do centrum łapałbym stopa :)
   Dzień wcześniej Rafał zaczepił mnie na FB pisząc, że prowadzi grupę na 60 minut i zaprasza. Może i było to w ramach żartu, ale po chwili namysłu uznałem, że może to nie być zły pomysł.
   Lata temu ktoś mi powiedział, że pierwszą połowę dystansu należy polecieć głową, a drugą sercem. I taki był właśnie plan na Westerplatte. Do 5. kilometra zamierzałem polecieć z balonikami na 60 minut, a dalej chciałem przyspieszyć.
   Tego dnia miałem naprawdę konkretną ekipę dopingującą. Poza Mieszkiem i Pati, byli jeszcze Monika z Szymonem i teściowa. Istny drem team!
   Dojazd na start nie był żadną nowością. Zmieniło się jedynie miejsce wyjazdu. W tym roku ruszaliśmy spod ECS, czyli z okolic mety. Tutaj organizacyjnie dopięte było wszystko na ostatni guzik. Niemniej trochę wpadek mój ulubiony GOS zaliczył, ale o tym później.
   Przed biegiem zbiłem kilka piątek. Dawno nie widziałem tych biegowych wariatów :) Czułem się nieco nieswojo. Niby nie miałem biec nic ambitnego, ale lekki niepokój towarzyszył mi do samego startu. Co ciekawe startowałem w... siódmej fali. Marek (Kowalski - zwycięzca biegu) zbliżał się już do ronda jak przekroczyliśmy start :)
   Ścisk jaki panował na pierwszych kilometrach był niesamowity. Biegliśmy całą szerokością jezdni, a i tak było bardzo gęsto. Chłopaki z zegarmistrzowską precyzją pilnowali tempa, ale nie ma co się dziwić. Biegłem w tłumie, który w pełni zdał się na nich. Na to, że doprowadzą ich do mety w wymarzonym czasie.
   Ja tym czasie robiłem swoje. Krok po kroku realizowałem to co sobie założyłem. Nawet tętno wyglądało dość dobrze. Rzecz jasna dość dobrze, jak na obecne realia ;)
   Biegło mi się naprawdę komfortowo, chociaż na około 500 metrów przed wyczekiwanym 5. kilometrem zdałem sobie sprawę, że wcale taki świeży nie jestem. Daleko było mi do tego jak czułem się na starcie. Niby biegło się super lekko, ale noga zaczęła już lekko twardnieć. Hmmm czyżbym nie biegał przez ostatnie 4 miesiące? A no tak - faktycznie :)
   Aczkolwiek jak założyłem tak zrobiłem. Podziękowałem chłopakom za wspólny bieg i ruszyłem przed siebie. Podbieg na początku powinien nieco ostudzić mój zapał. Nie zrobił tego - 4:49/km weszło jak cholera. Przepaliłem zarówno płuca jak i nogi. 
   Cieszyłem się, że nie porwałem się na taki mocny bieg od początku. Już po tym jednym kilometrze wiedziałem, że to jeszcze nie to. Zarówno kondycyjnie jak i fizycznie nie byłem gotowy na szybsze 10-kilometrowe bieganie. Mógłbym tym zaprzepaścić pracę jaką wykonałem pod nadzorem Mateusza z FIZJOLAB. A naprawdę nie chciałbym po raz kolejny zaczynać od zera.
   Kilometry 7. oraz 8. to dla mnie biegowe nowości. O ile przez Przeróbkę jeszcze zdarzało mi się biegać o tyle na Angielskiej Grobli byłem pierwszy raz w życiu.
   Cały czas wyprzedzałem co odciągało uwagę od zmęczenia. A to narastało - tętno na ostatnich dwóch kilometrach poszybowało ponad granicę 180 bpm. Byłem zmęczony, ale wraz z tym zmęczeniem wzrastał poziom szczęścia. Kurczę - naprawdę biegowo odżyłem!
   Czas na mecie nieco poniżej 55 minut może i jest moim najwolniejszym, ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie. Znowu wystartowałem w biegu. Znowu w głowie zaczęły pojawiać się jakieś cele, plany. Coś zaczęło się dziać. Teraz trzeba liczyć, że zdrowie dopisze. Niemniej licząc na szczęście nieco zamierzam mu pomóc :)

PS: Obiecałem, że wspomnę trochę o organizacji biegu. GOS uważam za jednego z najlepszych organizatorów biegów w Polsce, dlatego również wymagania mam bardziej wygórowane ;) Ponadto potknięcia GOSu traktuję też po części jako własne, w końcu nie od dziś mam okazję współpracować z tą ekipą. Odbiór pakietów, ich skład - petarda. Niesmak budzi tylko ta nieszczęsna koszulka. Szkoda, że nie popisał się Brubeck. Skoro nie chcieli w ciemno robić nie wiadomo ile koszulek to można było dodać opcję z zamówieniami przy zapisach. Niemniej super, że ruszyła sprzedaż online po biegu :)
   Punkty odżywcze, trasa, oznaczenia - tutaj naprawdę nie można się do niczego przyczepić. Biegłem w siódmej fali, w końcówce stawki, a i tak miałem podany kubeczek z wodą. Na większości biegów trzeba się cieszyć jeżeli w ogóle wystarczy wody, jeśli jest polana do kubeczka to już w ogóle wypas, a tutaj miałem podaną pod nos. Zupełnie tak jak walcząc o czasy <40'.
   Osobiście największym minusem była dla mnie organizacja mety. Praktycznie po przekroczeniu ostatniej maty... stawało się w korku... do medali. Ścisk był niesamowity. Trwało to cholernie długo, a wcale nie musiało bo stoisk z medalami było więcej. Tyle, że... nikt nie informował biegnących, że takowe są. Wszyscy więc stali w kolejce do jednego chłopaka. Zwróciłem na to uwagę jednego Panu z obsługi, że mógłby chociaż tam kogoś wysłać, żeby krzyknął, że medale też są z drugiej strony. Nie pamiętam co mi odpowiedział, ale wymowa była taka - "zajmij się swoimi sprawami". Można by też pomyśleć o umieszczeniu tabliczki na kij informującej, że tu i tu znajduje się karton na chipy. W tłumie naprawdę cholernie było znaleźć to pudło. No i te autobusy - dopchnięcie się przed linię mety wcale nie było takie łatwe. Jednak to GOS i wiem, że wnioski będą szybko wyciągnięte i już na następnej imprezie minusy zamienią się w plusy! :)

2 komentarze:

  1. Mały, dzięki za wpis. Pomyślałem, że czas napisać komentarz. Zapewne takich jak ja jest wielu. Twoje wpisy zawsze były inspiracją nie mówiąc o wynikach. Jeden Twój akapit mi się szczególnie podobał:
    "Czas na mecie nieco poniżej 55 minut może i jest moim najwolniejszym, ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie. Znowu wystartowałem w biegu. Znowu w głowie zaczęły pojawiać się jakieś cele, plany." i dodam znowu coś NAPISAŁEŚ!

    Mimo, że od kilku miesięcy nie piszesz to regularnie odwiedzam Twojego bloga aby zobaczyć czy nie ma czegoś nowego. Gratulacje wyniku, strategii i raz jeszcze dzięki za ciekawy wpis :)

    OdpowiedzUsuń
  2. O,widzisz,ale pobiegles! A mi sie dzieci pochorowaly,noc nieprzespana i pierwszy start w duzej imprezie (a trzeci w ogole) pozostal wciaz planem na przyszlosc. Sama walczylam niedawno z kontuzja,teraz jesien,zima-a ja znow lecze jakiegos wirusa. I zastanawiam sie,ile wyjdzie z moich planow na pobicie 50 min na 10 w najblizszym czasie i przebiegniecie polmaratonu w listopadzie. Czy przypadkiem nie bede walczyla o to,zeby na wiosne wogole moc przebiec 10... pozdrawiam i gratuluje udanego biegu po takiej przerwie i kontuzji! Oby nie wracala!

    OdpowiedzUsuń