Na skróty

28 lutego 2013

Kraków, Kraków wszędzie Kraków

"PrzebiSpecki" - a więc wiosna coraz bliżej :)
     Od razu na samym początku informuję, że dzisiaj zaliczyłem "regulaminową" ilość snu, a więc około 8 godzin. Także jako, że wczoraj zarzucono mi "szczycenie się bezsennością", tak dzisiaj, dla odmiany, poszczycę się podręcznikową długością snu.
   A co po tych 8 godzinach? Wiadomo - owsianka. Tak się powoli zbieram, żeby zrobić parę zdjęć i wstawić przepis na tę moją "poranną miseczkę". Problemem jest jednak to, że jak zaczynam ją przygotowywać to nie myślę o niczym innym jak o momencie kiedy będę mógł ją pochłonąć. No ale może w końcu mi się uda zabrać ze sobą do kuchni, z samego rana, aparat. Kiedy już "wymieniłem się epitetami z miską" i w końcu to ja byłem pełny, a ona pusta, zabrałem się do lektury forum. Muszę przyznać, że zbyt wiele tym razem się nie wydarzyło od mojej ostatniej wizyty i gotowy do treningu byłem już około godziny 7.
   Czwartek, a więc z założeń wynika, że powinien to być I zakres. Dystans - 15 kilometrów. Tym bardziej, że mocniejszy nieco trening przeprowadziłem wczoraj. Aczkolwiek dawno już nie byłem u Patrycji i w zasadzie to już od początku tygodnia myślałem o tym, żeby do niej pobiec. Tak więc decyzja zapadła - biegnę do Pępowa. Za oknem piękna wiosna, przynajmniej tak to wyglądało przez szybę. Zastanawiałem się nawet nad zastąpieniem leginsów krótkimi spodenkami. Ostatecznie jednak zwyciężył zdrowy rozsądek. I dobrze, bo wiatr i temperatura w okolicach zera w połączeniu ze spodenkami mogłyby zawiesić moje treningi w najbliższych tygodniach :) Niemniej jednak ten wiosenny widok za oknem dał mi takiego pozytywnego kopa, że aż mnie roznosiło. Pomyślałem, że szkoda byłoby tego nie wykorzystać. Postanowiłem więc, że dzisiaj pobiegnę nieco szybszym tempem. Może bez jakiegoś mocnego szarpania się, ale nieco żwawiej niż 5:00/km. Z tego też powodu zdecydowałem, że nie zabieram ze sobą ani plecaka, ani kurtki, a co za tym idzie skazałem się na brak nie tylko telefonu czy portfela, ale również ubrań na zmianę. Gdyż jak się później okazało, to co miałem u Pati, zabrałem już ostatnim razem.
Kraków nie zamierza być gorszy niż stolica!
   Wróćmy jednak do treningu. Pierwszy kilometr to standardowo dobudzanie się. Czas - 5:11. Jednak dalej było już tylko lepiej. Biegło mi się rewelacyjnie. Niemalże zero śniegu, słońce nad głową. Tyle czasu na to czekałem. Nawet wiatr, który miejscami był dość silny nie był w stanie zepsuć mi humoru. Łykałem kolejne kilometry w: 4:46, 4:47, 4:36. W tym momencie wybiegłem z Chełmu i obrałem kurs na Jasień. Brak zalegającego na skraju drogi śniegu spowodował, że zdecydowanie łatwiej przychodziło mijanie się z pojazdami. Ponadto nie byłem narażony na "błotny prysznic". Jakby tego było mało to kolejna pozytywna niespodzianka spotkała mnie na ulicy Jabłoniowej. Pierwszy raz w tym roku mogłem pobiec w tym miejscu chodnikiem. Nareszcie zima odpuściła i tutaj! 
   Jednak, żeby nie było tak słodko i cudownie - kilka kilometrów dalej czekał na mnie prawdziwy test. W zasadzie to test mojego dobrego humoru. Otóż fragment trasy od Jasienia do Wiszących Ogrodów przypominał istny poligon - śnieg, lód, a wszystko to w ilości hurtowej. Jednak co mnie nie zabije to wzmocni. Spowodowało to niewielki spadek tempa (4:45 oraz 4:50 odpowiednio na 10. i 11. kilometrze) jednak wiedziałem, że dalej może być już tylko lepiej. No i faktycznie było! Tym razem nie pobiegłem wzdłuż drogi krajowej numer 7. Postanowiłem dobiec do Czapli z drugiej strony, od Bysewa. Zawsze to jakieś urozmaicenie. Uważam, że dobrze jest od czasu do czasu nieco zmodyfikować swoją trasę, żeby nie popaść w monotonię. Wybiegając z Czapli miałem już zaledwie 2 kilometry do celu, a więc po, niewiele ponad, 9 minutach wcisnąłem klawisz STOP na Gremlinie.
   Przebiegłem 21 kilometrów oraz 102 metry - przyznaję bez bicia, wydłużyłem dystans o kilkadziesiąt metrów, żeby zaliczyć "połówkę" :) Czas - 1:38:55, a więc uzyskałem średnie tempo na poziomie 4:41/km. Czyli tak jak planowałem - żwawo, ale bez napinania.
Mój przyszły prezent :)
   Tym razem bez dzwonienia wpakowałem się do domu, przywitałem się z Patrycji tatem i od razu skierowałem się do pokoju Narzeczonej. I tutaj, muszę to publicznie ogłosić, wielkiego zaskoczenia nie dostrzegłem. Pati spodziewała się mnie, a przynajmniej liczyła się z tym, że mogę się pojawić. Ponadto przyłapałem ją na jedzeniu... owsianki! Co prawda w nieco innej kombinacji niż moja, ale posmakowałem i stwierdzam, że owsianka + czekolada + orzechy jest bardzo smakowita. Ponadto na pufie przy łóżku leżała... bluza do biegania. Ta sama, którą ostatnio mierzyłem, a której ostatecznie nie wziąłem chcąc nieco zaoszczędzić. Pati uznała, że nie ma takiej opcji, żeby nie miał tej bluzy. Teraz tylko musimy wymyślić okazję, żebym mógł ją dostać ;) 
   Pamiętacie jak na początku tego posta wspomniałem o tym, że nie zabrałem ze sobą ubrań na zmianę. A no właśnie... Dzisiaj wracałem do domu mając na sobie jedynie bluzę, czapkę i buty do biegania oraz... Patrycji spodnie dresowe. Musiałem wzbudzać mała sensację, najpierw w autobusie, a później w Tesco... :)

PS: Nie wspomniałem ani słowem skąd tytuł tego posta. Otóż jak ostatnio wspomniałem - dostrzegłem w okolicach Gdańska Głównego kilka bilbordów reklamujących maraton w Grodzie Kraka. Otóż od tego czasu zaobserwowałem ich znacznie więcej. Okazało się, że bilbordy takie znajdują się również na Chełmie oraz w okolicy Politechniki. Tak więc codziennie, na każdym kroku, przypominają mi o moim najważniejszym starcie tej wiosny. Ostatni weekend kwietnia zapowiada się naprawdę emocjonująco :)

27 lutego 2013

Podkręcamy tempo

Wiosna coraz bliżej
    Jak zdążyłem już napisać, w jednym z poprzednich postów, zacząłem właśnie nowy semestr na uczelni. Wiadomo - nowy semestr równa się nowy plan. Sporo wolnego to wielka zaleta tego planu. Jednak jego największym i w zasadzie jedynym minusem są zajęcia środowe. Zaczynają się one bowiem o godzinie 9:15 i niestety moja obecność na nich jest obowiązkowa.
   Tak więc chcąc dzisiaj przeprowadzić trening ustawiłem sobie budzik na godzinę... 3:30. Tak - kawałek zagranicy przywiozłem ze sobą do Polski :) Ktoś może powiedzieć, że mógłbym biegać rano albo w inne dni, ale dla mnie pobudka skoro świt... hmmm... pobudka w środku nocy to najlepsze wyjście. Jakby tego było mało to wczoraj Real gromił Barcelonę na Camp Nou i za nic nie mogłem sobie odpuścić tego widowiska, a przynajmniej jego większej części, bo ostatecznie oczy zamknęły mi się jeszcze przed ostatnim gwizdkiem.
   I teraz najlepsze - wstałem 30 minut przed budzikiem. Spałem zaledwie około 4,5 godziny jednak wiedziałem, że zanim ponownie zasnę minie trochę czasu. Tak więc jeszcze przed 4 rano siedziałem już w łóżku z klawiaturą na kolanach dzierżąc w jednej ręce owsiankę, a drugą ściskając myszkę. Śniadanie, lektura forum i po godzinie 5 zacząłem się ubierać. Dzisiaj środa więc wg pierwotnego planu powinienem przebiec 11 kilometrów w I zakresie, a następnie "machnąć" 10 razy 100 metrów. W ostatnich tygodniach, ze względu na problemy z kolanem i stopą, odpuściłem przebieżki i nie wiedziałem czy to już pora do nich wracać. Na tym etapie przygotowań powinienem już dorzucić nieco szybsze biegi. Miałem totalny mętlik w głowie. Jednak musiałem się na coś zdecydować. Ostatecznie podjąłem decyzję, że zaraz po kontuzji i mając ograniczony czas, ze względu na uczelnię, pobiegnę dzisiaj II zakres na dystansie 10-11 kilometrów.
Dzisiaj Pati zabrała mnie na Chicken Basil :) (fot. flickr.com)
   Żeby nie zaczynać zbyt mocno zdecydowałem, że pierwszy kilometr będzie "wprowadzająco-rozgrzewający". Pokonałem go w 4:47. W tym momencie byłem gotowy do rozpoczęcia właściwej części treningu. Początkowo trasa była względnie odśnieżona. Jedynie miejscami musiałem biec po śniegu. Jednak były to krótkie, zaledwie kilkudziesięciometrowe odcinki. Notowałem kolejno czasy: 4:19, 4:34, 4:26, 4:26. A więc pierwsza piątka poszła gładko. Problemy jednak zaczęły się w drugiej części trasy, w momencie kiedy wbiegłem na ulicę Świętokrzyską. Od tego momentu, aż do stacji benzynowej, przy ulicy Witosa (początek 9. kilometra) zmuszony byłem do walki z "białym błotem", wodą i lodem. Jakby tego było mało miałem przed sobą pół-kilometrowy podbieg. Nie powinny zatem dziwić moje czasy, odpowiednio 4:43, 4:37, 4:31. Kiedy tylko wróciłem na asfalt ponownie poczułem "moc" w nogach. Bez większych problemów przyspieszyłem. Jednak wciąż miałem na uwadze to, że II zakres to mimo wszystko bieg komfortowy i łatwy. Nie może być tak, że "się wypruwam" podczas takiego biegu. Ostatnie 3 tysiączki poleciałem w: 4:27, 4:33 oraz 4:24. 
   Ostatecznie pokonałem 11 kilometrów i... 11 metrów :) Średnie tempo wyniosło 4:32/km, a więc II zakres jak się patrzy! Wiem, że ro rozrzut pomiędzy 4:19, a 4:43 jest dość duży, ale spowodowany jest on raczej profilem trasy oraz stanem nawierzchni, a nie problemami z trzymaniem tempa. Także nie ma powodów do zmartwień.
A sama zajadała się kotletami warzywno - jajecznymi :)
(fot. bioway.pl)
   I na tym powinienem zakończyć dzisiejszego posta, ale nic z tych rzeczy. Otóż dzisiejszy trening nie zakończył się na tym II zakresie. Już w trakcie biegu pomyślałem, że skoro nie robię biegu spokojnego, to znaczy, że skończę szybciej. A więc może warto byłoby przelecieć 2-3 "setki" na zakończenie. Tak też zrobiłem. Jednak po trzeciej przebieżce uznałem, że pięć rytmów zdecydowanie lepiej będzie wyglądać w moim dzienniczku treningowym. Kiedy zaliczyłem już te 5 setek... nie było wyjścia. Skoro do tej pory biegałem 10 x 100 metrów, nic mnie nie boli, to nie ma sensu odchodzić od tej ilości. Tym bardziej, że godzina była wciąż młoda. Cały trening skończyłem około kwadrans przed 7 rano!
   Tak więc w sumie wyszedł mi dzisiaj bieg w II zakresie oraz 10 razy 100 metrów na zakończenie. Mimo, że, tak do końca, tego nie planowałem bardzo się cieszę, że to pobiegłem. Najwyższa już pora na włączenie nieco szybszych treningów do swojego planu. Wytknięto mi nawet ich brak w komentarzach - także obiecuję, że się poprawię :)

26 lutego 2013

Krótki raport z frontu


Czasu coraz mniej...
   Najważniejsza informacja jest taka, że kolejny tydzień treningów został zainaugurowany! A więc do ważnych startów coraz mniej czasu. Już za niecałe 4 tygodnie pierwszy i w zasadzie jedyny sprawdzian przed maratonem, a więc 8. Półmaraton Warszawski. Tak niewiele zostało do startu, a ja wciąż nie wiem czego od siebie wymagać podczas tego biegu. Jednak jestem pewien, że 24. marca, kiedy usłyszę wystrzał startera to ruszę do walki o konkretny wynik!
   Jednak do tego czasu muszę zrealizować jeszcze kilka treningów. Dzisiaj wybrałem się na spokojne, 15-kilometrowe rozbieganie w I zakresie. Przyznam szczerze, że podczas pierwszych kilkuset metrów jedyna myśl jaka kołatała mi się w głowie to - "chłopie wracaj do domu". Jednak nie pierwszy raz przyszło mi się z nią mierzyć i dotychczas wszystkie te walki wygrałem. Nie inaczej było i dzisiaj. Nagrodą za te zwycięstwo był jeden z najbardziej przyjemnych treningów od jakiegoś czasu. Już od drugiego kilometra biegło mi się rewelacyjnie. Tym razem od początku zacząłem niezłym tempem. Z Chełmu wybiegłem po 19 minutach i 39 sekundach notując następujące czasy na kolejnych kilometrach: 4:59, 4:52, 4:55, 4:53. 
Kurczę, świetnie by się prezentował na szyi...
   Trochę obawiałem się biegu przez ulicę Warszawską, gdzie nie ma chodnika. Aczkolwiek nawet jakby był zapewne nie nadawałby się do biegu :) Wciąż miałem w pamięci jak wyglądałem po biegu ulicą w niedzielę. Kierowcy dość często zapominają o możliwości zwolnienia celem oszczędzenia biegaczowi przykrego spotkania z błotem pośniegowym. Jednak tutaj miła niespodzianka. Nie, nie, nie zmieniła się mentalność kierowców, po prostu na drodze nie było żadnego błota, śniegu czy wody. Asfalt może i był mokry, jednak woda na nim nie stała.
   W okolicach Jasienia spotkałem swojego, starego znajomego (od początku mojego biegania spotykam w tym samym miejscu Pana, który sprzedaje wiejskie jajka i ziemniaki), który zapytał mnie ile dzisiaj kilometrów. Kiedy poinformowałem go, że zamierzam przelecieć 15 tysiączków tylko zagwizdał z uznaniem :)
   Dalej obiegłem dookoła Jasień i skierowałem się na ulicę Stolema, gdzie miałem okazję poćwiczyć zbieganie po śniegu. Następnie przez ulicę Cedrową i Warszawską wróciłem na Chełm, gdzie skierowałem się prosto do domu. Biegło mi się tak rewelacyjnie, że zamiast skończyć trening na nieco ponad 14 kilometrach postanowiłem "dobić" do 15-stki.
   Ostatecznie wyszło 15 kilometrów i 33 metry. Zajęło mi to 1 godzinę 13 minut i 41 sekund. Średnie tempo wyniosło 4:54/km, a poziom endorfin podniósł się parokrotnie :) Miłego dnia wszystkim życzę :)

25 lutego 2013

Bieganie, a odtłuszczanie

   Jakiś czas temu Agnieszka Figarska z portalu Strefa Zdrowa i Urody zapytała mnie czy, jako osoba, która walczyła z nadwagą, nie podjąłbym się napisania kilku zdań na temat tego jak według mnie powinno się biegać, aby schudnąć. Nie jestem ani dietetykiem ani ekspertem, jednak z ochotą zgodziłem się podzielić swoją opinią. A oto artykuł, który wysłałem Agnieszce:
   Miałem napisać kilka zdań na temat tego jak powinno się biegać, aby pozbyć się zbędnego balastu. Otóż żaden ze mnie naukowiec, dlatego swoją wiedzę opieram głównie o własne doświadczenie i informacje z portali biegowych. Aczkolwiek nawet wśród Uczonych zdania są podzielone. Część twierdzi, że najlepsze są długie i spokojne biegi. Inni z kolei głoszą, że aby schudnąć trzeba biegać z dużą intensywnością. A co ja sądzę? Otóż wg mnie i jedni i drudzy mają rację. Wolny spokojny bieg sprawia, że więcej energii czerpiemy z tłuszczów. Jednak nie ulega wątpliwości, że intensywny wysiłek wymaga większego wydatku energetycznego.A co za tym idzie być może procentowo mniejsza ilość energii pochodzić będzie z tłuszczu, aczkolwiek całościowo tego tłuszczu spalimy więcej.
   Zatem można by było powiedzieć, że lepiej biegać ile sił w płucach jeżeli chcemy schudnąć. Jednak nic bardziej mylnego. Pamiętajmy, że im mocniejszy trening tym rzadziej powinien być stosowany. Nikt nie jest w stanie biegać z intensywnością 90% Hrmax godzinę dziennie siedem dni w tygodniu. Żaden organizm nie jest w stanie znieść takiego obciążenia i prędzej czy później się zbuntuje. Ponadto osoby, które walczą z "nadliczbowymi" kilogramami to w większości osoby, które często dopiero zaczynają swoją przygodę ze sportem lub do niej wracają po dłuższym okresie "wegetacji". Dlatego moim zdaniem wszyscy chcący pozbyć się zbędnego balastu powinni biegać spokojnym tempem, a więc takim, które pozwoli nam na swobodną rozmowę. Często określane jest ono "tempem konwersacyjnym". Może nie powinniśmy móc śpiewać podczas takiego biegu, ale rozmawiać jak najbardziej. Sam na swoich pierwszych treningach, nawet biegając w pojedynkę, próbowałem mówić sam do siebie, aby sprawdzić czy nie biegnę za szybko.
   Tak więc proponuję zostawić w domu stoper, pulsometr, GPS i wszystkie zbędne gadżety i po prostu wyjść pobiegać. A jak? Oto moje 4 wskazówki:
Po 1. nie za szybko - trening to nie kara, nie mamy się podczas niego skatować
Po 2. nie za wolno - mimo wszystko idziemy pobiegać więc pilnujmy, żeby nasz bieg nie zamienił się w marsz
Po 3. nie za długo - na wielogodzinne bieganie jeszcze przyjdzie pora, póki co jednorazowo od 30 do 60 minut powinno wystarczyć
Po 4. nie za krótko - 5 minut ruchu raczej nic nam nie da, im dłużej biegniemy tym większy udział w wydatku energetycznym mają tłuszcze dlatego starajmy się nie skracać naszego treningu poniżej tych wspomnianych przeze mnie 30 minut.
   Najlepiej kiedy kończąc trening na naszych twarzach promieniuje uśmiech, nogi i "płuca" twierdzą, że są wstanie przebiec drugie tyle, a głowa już się zastanawia gdzie można by pobiec następnym razem. Musimy zakochać się w bieganiu. Tylko to zagwarantuje nam sukces. Jeżeli dla kogoś bieganie to kara to niezależnie czy będzie biegał szybko, czy wolno - prędzej czy później z tego zrezygnuje. A przecież pokonywanie biegowych szlaków to najszybsza droga to pozbycia się "nadmiaru cyferek" na wadze.
 
Artykuł na stronie Strefa Zdrowia i Urody

To mnie napędza

   Dzisiaj jest poniedziałek, a więc, w moim dzienniczku treningowym, dzień wolny. Tak więc nie opiszę tym razem żadnego treningu. Dzisiaj pisząc tego posta chciałem się podzielić swoją radością. Piszę go również po to, aby to co w nim będzie zawarte nie zostało gdzieś zepchnięte w zapomnienie. Bo kiedyś może być naprawdę miło rzucić okiem na te wszystkie rzeczy. A o czym dokładnie mówię? A no o tym, że w ostatnich dniach z każdej strony jestem bardzo mile i pozytywnie zaskakiwany. 
   Po pierwsze, o czym już wspominałem, mój list został wydrukowany w najnowszym numerze miesięcznika Runner's World Polska (marzec 2013). Jednak dzisiaj będąc w Empiku wziąłem do ręki konkurencyjną gazetę - Bieganie i co się okazało? A no to, że również w tym magazynie znalazło się miejsce na kilka linijek mojego tekstu!
   Ostatnio też przesłałem relację z moich zagranicznych startów do Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji w Gdańsku i spotkała mnie miła niespodzianka. Otóż przedstawiciele gdańskiego MOSiRu, zachęcili wszystkich swoich czytelników, za pośrednictwem popularnego portalu społecznościowego, do odwiedzenia mojego bloga i przeczytania relacji. Ponadto na oficjalnej stronie ośrodka znajduje się relacja (link) z ostatniego biegu ParkRun, a w niej między innymi taki fragment:
"Natomiast wśród panów trudno było wczoraj wskazać zdecydowanego faworyta. Na starcie pojawiała się sama czołówka: Krzysztof Klawikowski, Arkadiusz Kalinowski, Piotr Pietrzak z Akademii Biegania, Michał Sawicz z BiegamBoLubię Gdańsk oraz czarny koń z Irlandii Ciaran Gavin (West 4 Harriers).
(...)
Co ciekawe 4 miejsca w swoich kategoriach według płci zajęło rodzeństwo - Monika i Michał Sawiczowie. Monika miała czas 22:36, a jej brat 19:27."
   Nie mniejszą niespodziankę sprawili mi administratorzy ParkRun Gdańsk. Aczkolwiek w tym wypadku nie miałem z tym nic wspólnego. Sami znaleźli mój opis z ostatniego biegu na 5 kilometrów i polecili go innym. 
   Niejedna osoba powie, że to nic wielkiego. Być może będzie nawet miała rację. Tfu! NA PEWNO będzie miała rację, bo to przecież faktycznie nic nadzwyczajnego, że w dzisiejszych czasach, w kilku miejsca w internecie, pojawiło się moje imię i nazwisko. Jednak dla mnie to powód do ogromnej radości. To mnie motywuje. To dodaje mi energii do kolejnych treningów, do pokonywania kolejnych kilometrów i utwierdza w przekonaniu, że rozpoczęcie przygody z bieganiem było jak najbardziej słuszną decyzją.

24 lutego 2013

Leczo z cukinią a'la Mały

   Dawno jakoś nie wstawiałem żadnego przepisu dlatego dzisiaj robiąc sobie obiad postanowiłem cyknąć parę fotek i dorzucić kolejne, ubogie w kalorie, danie do mojego zbioru. Tym razem zdecydowałem się na coś co ja nazywam leczo, aczkolwiek zdaję sobie sprawę, że z prawdziwym leczo niewiele ma to wspólnego. Niemniej jest smaczne i pożywne. Niech świadczy o tym fakt, że podczas ostatniego mojego wyjazdu za granicę, był to mój najbardziej popularny obiad :)



Składniki (na porcję widoczną na zdjęciu):
- pierś z kurczaka (196g)
- papryka (72g)
- pieczarki (212g)
- cukinia (333g)
- cebula (77g)
- ketchup (60g) - opcjonalnie
- przyprawy

Przygotowanie:

Na patelnię wlewamy niewielką ilość wody i wstawiamy na palnik. Następnie kroimy pierś w kostkę i wrzucamy na rozgrzaną patelnię. Po chwili dorzucamy drobno pokrojone warzywa. Paprykę i pieczarki kroiłem w kostkę, natomiast cebulę i cukinię w pół-krążki. Jednak to już tylko i wyłącznie rzecz gustu. Całość przyprawiamy i trzymamy na gazie, od czasu do czasu mieszając, aż do momentu kiedy warzywa nieco zmiękną. Następnie przekładamy do miseczki i jeżeli ktoś ma ochotę to polewamy kechupem. Smacznego!


Wartości odżywcze:
Całe danie to jedynie 393 kalorie. Składa się z 57g białka, 37g węglowodanów oraz 4g tłuszczu.

Źródło: tabele-kalorii.pl







O rany! Gdańsk zasypany!


Zima opanowała Pomorze
   Już w momencie kiedy kładłem się wczoraj spać zauważyłem, że za oknem prószy śnieg. Tak przynajmniej mi się wydawało, że to jedynie niewinne prószenie. Ale to co zobaczyłem rano za oknem zdecydowanie nie było efektem lekkich opadów. Wszystko było wręcz zasypane białym puchem. Nawet na ulicach próżno było szukać choćby kawałka czarnego asfaltu. Wstałem około godziny 6 i jakieś 20 minut później wróciłem ponownie do łóżka. Aczkolwiek miałem już ze sobą swój ulubiony zestaw śniadaniowy oraz komputer. Posiłek, przegląd forum, kawa dla Pati i mogłem ruszać. W związku z tym, że od pięciu tygodni w każdą niedzielę biegałem przynajmniej po 30 kilometrów, tym razem postanowiłem dać odpocząć swoim kończynom. Tym bardziej, że w dwa ostatnie dni przeleciałem ponad 50 000 metrów. Zdecydowałem, że dzisiaj zadowoli mnie około 20 tysiączków. 
Chodnik wzdłuż lotniska :)
   Nie miałem specjalnie pomysłu na to gdzie pobiec, ale wziąłem ze sobą telefon (jeśli nie biorę go ze sobą to zawsze staram się mówić komuś gdzie biegnę i za ile planuję wrócić - przezorny zawsze ubezpieczony). Przed wyjściem powiedziałem Pati, że najprawdopodobniej polecę przez Czaple w stronę Auchan. I co zrobiłem? Odczekałem chwilę na zlokalizowanie satelitów, wcisnąłem start i poleciałem... w przeciwną stronę niż zamierzałem. Po raz kolejny zadecydował impuls. Spojrzałem w lewo, w prawo i tak jakoś poleciałem bez zastanowienia w stronę Miszewa. 
   Chodniki co prawda w terenie gminy Żukowo były odśnieżone, jednak pług zostawił kilka centymetrów śniegu, które dla pieszego nie stanowią większego problemu, jednak dla biegacza są nie lada utrudnieniem. W związku z tym postanowiłem biec jezdnią. Może było to nieco mniej bezpieczne ze względu na ruch uliczny, jednak na pewno o niebo mniej uciążliwe. Ponadto kiedy tylko wbiegłem na teren Gdańska bieganie chodnikami, tak jak widać na zdjęciach, nie wchodziło już w grę. Szkoda jedynie, że niektórzy nie rozumieją, że jak się mija kogoś poruszającego się wzdłuż ulicy, na której zalega błoto pośniegowe, to należy zwolnić. A że dzisiaj takich kierowców było na drogach całkiem sporo to brudny i przemoczony byłem już po kilku kilometrach.
   Nie wspomniałem jeszcze dzisiaj o tempie w jakim pokonywałem kolejne kilometry, ale jak nie trudno się domyślić te nie było zbyt forsowne. Bo i prawdę mówiąc nie miało takie być :) Zacząłem od 5:26/km, a ostatecznie Gremlin zakomunikował mi, że średnio pokonywałem każdy kilometr w 5 minut i 12 sekund. A ile tych kilometrów było? A no było ich aż, a może tylko, 22 i 350 metrów. Czyli wszystko zgodnie z planem. Spędziłem niecałe 2 godziny w śnieżny, niedzielny poranek na świeżym powietrzu, a po powrocie zjadłem śniadanie z Moją Pati. Innymi słowy zaliczyłem najlepszy początek dnia jaki tylko mogłem sobie wymarzyć... ;)

W związku z tym, że mam już dostęp do swojego kompa to wrzucam zaległą galerię zdjęć z zawodów w Hengelo :)

23 lutego 2013

Biegowo - ParkRunowo - Urodzinowa sobota

   Oj dzisiejsza sobota była bardzo obfita jeśli chodzi o przebiegnięte kilometry. Chyba jeszcze nigdy nie przebiegłem tak dużego dystansu w pierwszy dzień weekendu. A jak do tego doszło? No więc tak...
   Już wczoraj zaplanowałem, że w sobotni poranek zamelduję się na Gdańskim Przymorzu, gdzie wystartuję w ParkRunie. W końcu ostatni swój udział w tych zawodach okrasiłem zwycięstwem. Później wyjechałem za granicę i nawet nie miałem okazji do "obrony tytułu" ;) W związku z tym, że ParkRun rozpoczyna się dopiero o 9, nie widziałem sensu ustawiania budzika. Przecież i tak budzę się strasznie wcześnie. No i o mały włos takie myślenie nie skończyło się... zaspaniem. Wstałem dopiero o godzinie 6! Ok, dla większości to wciąż dość wczesna pora, ale tak jak już wspominałem ostatnio - nie dla mnie. A już na pewno nie w momencie kiedy zamierzałem wziąć udział w ParkRun'ie. Bo to już staje się "oczywistą oczywistością", że jak wybieram się w sobotę na BBL/ParkRun to jako środek lokomocji wybieram własne nogi. Do parku Reagana miałem jakieś 12 kilometrów, a więc musiałem wybiec około 7:30. Tak więc zaraz po przebudzeniu krótka toaleta, owsianka oraz forum i mogłem ruszać.
   Początek biegu nie napawał mnie specjalnym optymizmem. Biegło mi się dość ciężko. Ponadto chyba musiałem gdzieś naciągnąć lekko mięsień pośladkowy, bo delikatnie pobolewał. Czas na pierwszym kilometrze - 5:13. Drugi odcinek to w większości zbieg w okolicach przystanku Pohulanka więc czas 4:54 wcale nie był rewelacyjny. Pięć minut i jedna sekunda na trzecim tysiączku tylko mnie utwierdziły, że jeszcze do końca nie doszedłem do normalnej dyspozycji. Jednak 5 w kolumnie minut pojawiło się już tylko raz, na 4. kilometrze. Na tym samym, na którym zobaczyłem ogromne bilbordy reklamujące... 12. Cracovia Marathon. Bilbordy, w liczbie sztuk 3, wisiały w okolicach Dworca Głównego - 2 na murach więzienia, a 1 przy lodowisku. Takie same zauważyłem ostatnio również w Warszawie. A więc Kraków zamierza podjąć walkę o biegacz z organizatorami Orlen Warsaw Marathon. Ale wróćmy do mojego treningu. Na kolejnych kilometrach podkręciłem nieco tempo notując czasy pomiędzy 4:55, a 4:50. Jedynie kilometr 13. pokonałem 3 sekundy szybciej. Biegło mi się całkiem komfortowo, chociaż nie ukrywam, że nieco się podłamałem tym powrotem zimy. Po tylu przyjemnych treningach na zachodzie, kiedy temperatura momentami przekraczała +5 stopni Celsjusza, a ścieżki biegowe były suche, czarne i równe, znowu trzeba latać po oblodzonych, nierównych i mokrych chodnikach. No ale co tam - WIND, RAIN, SNOW - I WILL GO :)
   Na miejscu startu zameldowałem się na 20 minut przed godziną 9, a więc znowu wybiegłem za wcześnie. Jednak wyznaję zasadę, że lepiej być godzinę za szybko niż minutę za późno. W sumie przebiegłem 13 kilometrów i 610 metrów w tempie 4:56/km. Mała również była już na miejscu, jednak jej środek lokomocji był zdecydowanie bardziej kosztowny ;)

   Na starcie ustawiłem się bliżej przodu jednak nie przepychałem się jakoś specjalnie do pierwszej linii. Nie wiem czemu, ale wydaje mi się, że takie zajmowanie miejsca w pierwszym szeregu to, w moim wypadku, oznaka pychy i zbytniej pewności siebie. No i niestety, zaraz po komendzie "start" zamiast gnać za czołówką musiałem trochę pobawić się w wymijanie grząskim śniegiem. Na szczęście te zawody to tylko zabawa, a nie poważny start. Po około 500 metrach doskoczyłem do prowadzących, a po około kilometrze zająłem miejsce pomiędzy pierwszą trójką, a goniącymi, dwoma, o ile się nie mylę, zawodnikami. Czas pierwszego tysiączka to 3:57. Dokładnie tyle samo zajęło mi pokonanie odcinka numer dwa. W tym momencie podium zaczęło mi coraz bardziej odjeżdżać. Tak samo jak ja zacząłem oddalać się od goniącej mnie grupy. Na kilometrze 3. leżał luźny śnieg na odcinku około 100-200 metrów. To przełożyło się na czas - 4:03. W tym momencie było już praktycznie po rywalizacji. Nie miałem szans ani na walkę o podium ani nie musiałem bronić pozycji. Ostatecznie odcinek 4. pokonałem w 3:59, a cały bieg ukończyłem w około 19:30. Nie wyłączyłem stopera na mecie, a wciąż nie ma oficjalnych wyników.
   Po biegu poczekałem chwilkę na siostrę, szybko podzieliliśmy się spostrzeżeniami odnośnie startu i ruszyliśmy do domu. Ja po raz kolejny zdecydowałem się na podróż na własnych kończynach, Mała natomiast postanowiła skorzystać z dobrodziejstw komunikacji miejskiej. Dodam tylko, że ostatecznie, czasowo wyszedłem na tym lepiej :)
   Już na początku biegu miałem w nogach blisko 19 kilometrów, a więc jasnym było, że nie będę szarżował. Pierwszy kilometr, pokonany w 5:17 tylko mnie w tym upewnił. Co prawda na następnych odcinkach nieznacznie przyspieszyłem, kolejno do 5:15, 5:05. Na 4. tysiączku miałem do pokonania spore schody, wybrałem bowiem bieg przez kładkę nad Aleją Jana Pawła II, a więc czas 5:26 niespecjalnie mnie zdziwił. Z każdym kilometrem biegło mi się o dziwo coraz lepiej. Co prawda czułem nieco wyścig w nogach, ale nie wpływało to nijak na mój bieg. Kto wie, może to dzięki opaskom, które dzisiaj znowu założyłem. Tak naprawdę podczas tego biegu miałem tylko jeden trudny moment. Tak, tak - Pohulanka i ten nieszczęsny podbieg. Mając do wyboru: długo i łagodnie lub krótko i stromo wybrałem to drugie. W połowie 250-metrowego podbiegu miałem ochotę zawrócić, pobiec na przystanek i wrócić tramwajem. Jednak nic z tych rzeczy - biegacz się nie poddaje. Wbiegłem na sam szczyt, a żeby pokazać, że żadna górka mnie nie złamie to następny kilometr poleciałem w najszybszym tempie 4:32/km. 
   Ostatecznie wyszło 12 kilometrów i 39 metrów. Zajęło mi to 1 godzinę 1 minutę i 3 sekundy. A w domu pierwsze co zrobiłem, zanim jeszcze zacząłem się rozciągać, to wrzuciłem do zamrażarki pszenicznego, bezalkoholowego Paulanera. Piwo to wg mnie najlepszy izotonik. Nic tak nie smakuje po treningu jak ten złocisty trunek.
   A zaraz po śniadaniu udałem się do Pępowa, gdzie już czekał na mnie kawałek urodzinowego tortu Patrycji taty. Tym razem jednak poprzestałem na jednym kawałku ;) A po torcie udaliśmy się wszyscy do restauracji na pyszny, urodzinowy obiad. Powiem tak - halibut w sosie kurkowym z kopytkami, gotowanymi warzywami i surówką, a do tego małe, bezalkoholowe. Chyba nie trzeba nic więcej dodawać :)
   I jeszcze na koniec opiszę sytuację, która miała miejsce dosłownie kilka minut temu. Wybrałem się do pobliskiego sklepu po jogurt na kolację. W sklepie zobaczyłem, że jest nowy smak, jednych z popularnych wafelków. Pomyślałem, że może ktoś będzie miał ochotę spróbować, poprosiłem więc o jeden. I co usłyszałem? "Nawet PAN sobie pozwala na coś słodkiego?". Przez moment pomyślałem nawet, że Pani ekspedientka nie sprzeda mi tego wafelka :) Co ciekawe, ta sama Pani, nie widziała nic złego w tym kiedy przychodziłem do sklepu, ważąc grubo ponad 100 kilo, i brałem 4 piwa, 2 paczki chipsów, jakieś ciastka i czekoladę. Wydaje mi się, że to właśnie wtedy powinna być zdziwiona, że taki grubas i jeszcze tak się opycha :)


PS: Może to niezbyt skromnie z mojej strony jednak muszę się pochwalić, że w najnowszym wydaniu magazynu Runner's World został opublikowany mój list :) No i po raz n-ty zapytam - jak tu nie zakochać się w bieganiu :)

PS: Są już wyniki ParkRun. Ostatecznie zająłem 4. miejsce z czasem 19:27. Natomiast Mała była 28. jednak dała się wyprzedzić jedynie 3 kobietom. Ponadto pobiła swój rekord na 5km i od dzisiaj wynosi on 22:36! Brawo!


22 lutego 2013

Wszędzie dobrze, ale przy Niej najlepiej


Zima wróciła...
   W końcu się wyspałem. Kurczę jak rewelacyjnie się wstaje o godzinie 7 rano. Wiem, że dla niektórych to wciąż środek nocy, ale na pewno nie dla mnie. Jeszcze kilka dni temu wstawałem przecież o 3:30, a o 7 byłem już po treningu. Ale to już za mną. Pora wrócić do normalności.
   To czego nie mogło zabraknąć po przebudzeniu to oczywiście miska owsianki i wielka filiżanka kawy. Zaczynać dzień bez tego zestawu to tak jakby w ogóle go nie zaczynać. A więc po przyrządzeniu takiego energetycznego śniadania zapakowałem się ponownie do łóżka i konsumując nadrabiałem zaległości na forum bieganie.pl. Trzy dni nieobecności spowodowały, że miałem mnóstwo czytania, a ograniczyłem się jedynie do tych tematów, w których się wcześniej wypowiadałem. Poza forum nadrobiłem też zaległości na blogu i w zasadzie, około 8:45, byłem już gotów na piątkowy trening. Tak wiem - piątek to dzień wolny, ale nie tym razem. Po wczorajszym wyjeździe do Warszawy dzisiaj musiałem wyjść pobiegać. Nie było innej opcji! 
... a jeszcze kilka dni temu mieliśmy piękną wiosnę
   Pytanie tylko ile przebiec kilometrów i na jaką trasę się zdecydować. W związku z tym, że koniec zimy trzeba jeszcze odłożyć w czasie oraz faktem, że moje kolano i stopa wciąż dochodzą do siebie, postanowiłem nie kombinować z mocnymi treningami i dzisiaj znowu zaliczyć przynajmniej 15 kilometrów w I zakresie. A więc dystans jest teraz tylko trasa. Na bieganie po Chełmie nie miałem ochoty, bo wiem jak wyglądają chodniki w tej części miasta po intensywnych opadach śniegu. A więc może bieg do Auchan? Tak to jest to tylko, że skoro już będę przy Auchan to po co mam się wracać do domu skoro stamtąd będę miał tyle samo kilometrów z powrotem na Chełm co do Patrycji. A przecież nie widzieliśmy się cały czwartek. A więc wszystko jasne - dystans: 20 kilometrów, rodzaj treningu: I zakres, trasa: Chełm - Pępowo.
   Wyruszyłem około godziny 9. Po ostatnich problemach ze stopą zdecydowałem się, że zamiast "Duchów" wciągną na nogi, nieco już zmęczone, eNBeki (jak się później okazało, był to strzał w dziesiątkę - nie czułem nawet najmniejszego dyskomfortu!). Pierwszy kilometr poleciałem w 5 minut i 29 sekund. Wolno, nawet bardzo wolno, ale zima wróciła wraz ze wszystkimi swoimi urokami. Pod butami nie brakowało ani lodu, ani śniegu. Dobrze, że chociaż temperatura nie ścinała z nóg (-2°C). Na kolejnym kilometrze udało mi się nieco przyspieszyć - 5:03. A odcinek później zszedłem nawet do 5:01. I jak się okazało był to najszybszy dzisiaj "tysiączek". Ani razu nie udało mi się złamać granicy 5 minut. Biegłem spokojnym tempem i starałem się przede wszystkim nie nabawić się kolejnej kontuzji. Bieganie po śniegu niewątpliwie wzmacnia ciało i umysł, jest też jednak kontuzjogenne. Na takiej, lodowo-śnieżnej, nawierzchni nie trudno zaliczyć skręcenie stawu, bądź bolesny upadek. A więc nie starając się podkręcać na siłę tempa biegłem dalej przed siebie. W okolicach Karczemek postanowiłem pobiec inaczej niż biegałem do tej pory. Efekt? Ślepa uliczka i nawrotka :) Ale co z tego, miałem od rana dobry humor. Ponadto biegłem do Ukochanej. Tak więc zamiast się denerwować, że musiałem zawracać, cieszyłem się, że będę mógł dopisać kilkaset metrów więcej do swojego dzienniczka treningowego. Dalsza część trasy obyła się bez żadnych przygód. Jedynie na ostatnich dwóch kilometrach dał o sobie znać żołądek. Jednak nie była to dla mnie żadna przykra niespodzianka. Męczył mnie on już od wczoraj (być może wciąż pokutuję po swoim ostatnim "wyskoku") i w zasadzie jedyne co mnie zaskoczyło to to, że przez tak długi okres było wszystko ok.
   U Patrycji zameldowałem się po godzinie 49 minutach i 18 sekundach i po raz kolejny udało mi się wywołać uśmiech na jej twarzy. A więc było warto przebiec te 20 kilometrów i 777 metrów. Ponadto II śniadanie w jej towarzystwie smakuje o niebo lepiej.
   W ostatnim czasie tak dużo się wydarzyło, a ja miałem tak mało czasu na pisanie, że nie wspomniałem o swoim najnowszym nabytku, który to przeszedł dzisiaj swój "chrzest bojowy". Otóż po tym jak kupiłem opaski na uda i się nimi nie rozczarowałem, postanowiłem poszerzyć swój "rynsztunek biegowy" o kolejny produkt firmy Compressport. Tym razem zaopatrzyłem się w opaski na łydki z serii R2, a więc Race & Recovery. Pierwszy raz miałem je dzisiaj na nogach i muszę przyznać, że nie zawiodłem się. Co prawda, tak jak w przypadku opasek na uda, raczej nie spodziewam się poprawy osiągów dzięki tym, co by nie mówić, gadżetom. Aczkolwiek po treningu w tak trudnych warunkach nie czuję najmniejszego bólu łydek. Ale czy opaski naprawdę działają czy to tylko moja głowa tego nie wiem. W każdym bądź razie kolejny gadżet to kolejny motywator do treningów :)

Padłeś? Powstań!

W końcu chwila wytchnienia! Od poniedziałku spałem łącznie około 8-10 godzin. Miałem istne urwanie głowy.
   We wtorek pobudka o 3 i poranne bieganie. Tym razem wyruszyłem już o godzinie 5 rano, gdyż musieliśmy wspólnie z Pati dopakować samochód. Na ostatni trening w Niemczech wybrałem swoją ulubioną trasę, czyli Bad Bentheim - Trink Hala - Bad Bentheim. Z tym, że drogę powrotną pokonywałem osiedlowymi uliczkami. Przebiegłem w sumie 14 kilometrów i 886 metrów w tempie 4:52/km. W końcówce zaleciałem jeszcze do piekarni, gdzie zakupiłem pieczywo i pożegnałem się z paniami ekspedientkami, które dzielnie, za każdym razem, gdy tego potrzebowałem, próbowały mi przetłumaczyć z niemieckiego na angielski z czym jest dana bułka :) Po treningu szybko do Oldenzaal i o godzinie 17:30 wyruszyliśmy w drogę do Polski.
   No i właśnie. Co się ze mną stało podczas tej podróży nie mam pojęcia. Dopadł mnie mega głód. Podczas drogi wsunąłem kilka ciastek migdałowych (dokładnie tych samych co jadłem przed zawodami w Hengelo i Oldenzaal), bułeczki z rodzynkami, ciastka, kilka chipsów, mnóstwo jabłek i do tego jeszcze zatrzymaliśmy się na granicy w restauracji, gdzie pochłonąłem placki ziemniaczane z wołowiną. Do teraz jestem w szoku. Przez noc wcisnąłem w siebie jakieś 6-7 tysięcy kalorii! I to ja, osoba, która tak zachęca do zdrowego odżywiania. Mógłbym oczywiście to przemilczeć. Ale nie o to przecież chodzi. Rano kiedy już dojechaliśmy na miejsce, po 17 godzinach jazdy, stwierdziłem, że ta, jakby na to nie patrzeć, porażka to jedynie chwila słabości. Mógłbym uznać, że wszystko czego do tej pory dokonałem nie miało sensu, olać bieganie i dalej się zażerać wszystkim co mi wpadnie w ręce. Jednak nic z tych rzeczy! Uważam, że zareagowałem w najlepszy z możliwych sposobów. Mianowicie wysiadłem z samochodu, założyłem leginsy, buty i pognałem przed siebie - 20 kilometrów i 7 metrów na mrozie, silnym wietrze i śniegu, sięgającym miejscami do połowy łydki. Zajęło mi to 1:45:19, ale to nie czas był ważny. Dla mnie najważniejsze było, że pomimo tej chwili słabości nie poddałem się. Niech to będzie motywacja dla wszystkich i dla mnie samego. Bo nie ważne jest to ile razy upadniemy, upadki zdarzają się każdemu. Ważne jest to, aby się po nich podnieść!
   W czwartek również nie miałem okazji dłużej pospać. Otóż już o godzinie 3:50 wsiadłem samochód, którym to Moja Pati, zawiozła mnie na dworzec. O godzinie 11:00 musiałem stawić się na szkoleniu w siedzibie Adidasa. Bowiem od 29.03 do 21.04 będzie można mnie spotkać w Galerii Bałtyckiej, w sklepie InterSport, gdzie będę promował nowe buty "firmy z trzema paskami" - Adidas Energy Boost! Samo szkolenie było niezwykle interesujące. Dowiedzieliśmy się nieco o historii firmy, systemach stosowanych w produktach Adidasa i przede wszystkim poznaliśmy bardzo dokładnie najnowsze dziecko Adidasa. Jakie wrażenie zrobił na mnie ten buty? Wydaje się być naprawdę rewelacyjny i rewolucyjny. Mogłem osobiście się przekonać o wyższości materiały boost nad pianką EVA. Polecam każdemu, przynajmniej, przymierzenie tego buta. Różnicę na pewno będzie można wyczuć :)
   A teraz koniec tego pisania - czas na bieganie. Miłego dnia wszystkim! I raz jeszcze zapraszam do Galerii Bałtyckiej :)

21 lutego 2013

Mały Ambasadorem Adidas Boost!

   Ostatnio nieco zaniedbałem bloga, ale mam istne urwanie głowy. Przez ostatnie 72h spałem może 8. I na więcej się nie zanosi przynajmniej do jutra.
   Dopiero co wróciłem do Gdańska, a już jestem w drodze do Warszawy. No właśnie, chyba mogę już oficjalnie powiedzieć - dostałem pracę przy promocji butów biegowych Adidas Boost i właśnie jadę do siedziby Adidas Poland na szkolenie!
   Więcej szczegółów wrzucę na bloga zapewne jutro. Oczywiście opiszę też treningi z ostatnich dni, bo to że nie odpuszczam jest chyba oczywiste  :-) Aczkolwiek łatwo nie jest.

17 lutego 2013

Veni, Vidi i dobrze się bawiłem

   Udało się! Wszystko co zaplanowałem na ostatnią już niedzielę podczas mojego krótkiego wyjazdu wypaliło. Działo się tak wiele, że nie wiem od czego zacząć. Ale może po kolei.
   Mimo, że nie nastawiałem budzika to i tak budziłem się już od godziny 4. Jednak zamierzałem przed wyjściem z domu zjeść tylko jeden posiłek, mniej więcej około 6 więc nie widziałem sensu podrywania się tak wcześnie. Na śniadanie to co zawsze - owsianka. Jedyną "wariacją" była zmiana orzechów - z ziemnych na nerkowce. A po posiłku nastąpiło wielkie pakowanie. Nie, jeszcze nie do domu. Otóż musiałem spakować się... na zawody. Tak wiem, wiem, miałem nie startować już w najbliższym czasie. Jednak uznałem, że jeżeli nie napalę się na rywalizację, nie dam ponieść się emocjom to mogę zaliczyć taki bieg w większym gronie. Tym bardziej, że zawody odbywały się w Oldenzaal. Dystans jaki można było przebiec to 3, 6, 9 oraz 12 kilometrów. Ja zdecydowałem się na ten ostatni. A dodatkowo, żeby zrealizować swój plan, zakładający na niedzielny poranek wycieczkę biegową, postanowiłem, że pobiegnę na miejsce zawodów. Umówiliśmy się z Pati, że ona weźmie moje rzeczy, aparat, coś do jedzenia i spotkamy się na miejscu około godziny 10, czyli na godzinę przed startem - musiałem się jeszcze zapisać.
   Tak więc około 8 rano wrzuciłem torbę do samochodu i wybiegłem. Tym razem zacząłem nieco szybciej niż wczoraj. Pierwszy kilometr pokonałem w 5:02. Na początku czułem nieco kolano oraz, przede wszystkim, tą nieszczęsną stopę. Jednak nie było większego dramatu, ból był do zniesienia, a w dodatku z każdym kilometrem było coraz lepiej. Już na drugim tysiączku uzyskałem czas 4 minuty i 56 sekund co zwiastowało niezły bieg. I zdecydowanie z takim miałem do czynienia. Wolniej niż 12 km/h przebiegłem jedynie 14. odcinek. Jednak to było tylko chwilowe rozkojarzenie, bowiem już 15. kilometr poleciałem w 4:59. No ale jak tu nie lecieć skoro warunki były wręcz idealne. Może temperatura w okolicach zera nie jest tą o jakiej marzą biegacze, ale czyste niebo i świecące słońce zdecydowanie podnosi poziom endorfin. Po sobotnim "błądzeniu" we mgle dzisiaj po prostu leciałem prosto jak strzała i śmiałem się sam do siebie.
   Na miejscu zapisów pojawiłem się godzinie, 46 minutach i 36 sekundach od włączenia "Gremlina". Trasa, jak się okazało, miała długość 21 kilometrów i 757 metrów. Uzyskałem średnie tempo 4:54/km, czyli całkiem przyzwoicie. Na miejscu oczywiście czekała już na mnie Moja Ukochana Kobieta. Razem udaliśmy się do biura zawodów, gdzie po wypełnieniu formularza oraz uiszczeniu opłaty uzyskałem numer 804. Do zawodów została nam jeszcze ponad godzina, więc postanowiliśmy wybrać się na pobliskiego Shell'a, aby kupić coś do jedzenia. W Holandii, poza stacjami benzynowymi, wszystko jest pozamykane. Smakołyki, który przywiozła mi Pati, z wyjątkiem banana, wolałem zachować sobie na później. Raczej ciężko by mi się biegało po jabłkach i serku :) Niestety, asortyment lokalnej "tankszteli", niczym mnie nie zachwycił. Wróciliśmy więc do biura zawodów, gdzie zaopatrzyliśmy się w 3 Gevulde Koek, czyli po prostu smaczne ciasteczka migdałowe, z których słynie Holandia.
   Na start udaliśmy się dopiero na 20 minut przed wystrzałem startera. Jakież było nasze zdziwienie gdy zobaczyliśmy miejsce biegu. Start/Meta były zlokalizowane nad brzegiem jeziora. Cały teren wokół był zagospodarowany jako teren rekreacyjny. Małpi gaj, skate park, plaża, ścieżki, altanki to tylko niektóre z atrakcji. Zastanawiała mnie trochę trasa, bowiem zauważyłem, że część taśm była umieszczona z dala od brukowych ścieżek. Po ostatnim biegu w Hengelo spodziewałem się również dzisiaj płaskiej, w 100 procentach asfaltowej trasy. Nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby przeczytać w regulaminie jak wygląda nawierzchnia. I mam teraz nauczkę na przyszłość...
   Start poprzedziła minuta ciszy. Punktualnie o godzinie 11:00 wystartowaliśmy. Założyłem sobie tempo na ten bieg około 4:30/km. Jednak po pierwszym okrążeniu zastanawiałem się czy nie powinienem raczej założyć 5:30/km. Dlaczego? Otóż tak - początek to podbieg trawą, dalej wbiegliśmy do lasu, kilka łagodnych podbiegów i stromy zbieg. Następnie leśnymi ścieżkami docieramy na trawniki wokół jeziora, a dalej na... piaszczystą plażę. Po plaży znowu podbieg trawą i znowu piasek. Kawałek trawnika w momencie gdy mijaliśmy metę i ponownie wylądowaliśmy na plaży. Z niej wybiegamy, a w zasadzie to podbiegamy, wprost do lasu, przez który lecimy niemalże do samego końca pętli. I tak cztery razy. Każde okrążenie 3 kilometry. Dla mnie bieganie kółek to nic specjalnego, ale Pati miała pole do popisu :) Pierwszy kilometr poleciałem niesiony tłumem w 4 minuty i 22 sekundy. Mocno... Za mocno... Widziałem, że w takim tempie zaraz padnę, a przecież dzisiaj nie miałem zamiaru rywalizować ani z czasem, ani z innymi biegaczami. Drugi tysiączek pokonałem już nieco spokojniej - 4:36. Dokładnie tyle samo czasu potrzebowałem na ostatni odcinek. To co mnie cieszyło to fakt, że czułem, że mam pełną kontrolę nad swoim biegiem. Nie biegłem na granicy wytrzymałości, tak jak to ma miejsce podczas normalnych startów w wyścigach. Nie zmieniało to jednak faktu, że udawało mi się wyprzedzać kolejnych biegaczy.
   W związku z tym, że, zarówno moja jak i Patrycji, znajomość języka holenderskiego jest, delikatnie mówiąc, mocno przeciętna, a w zasadzie to żadna, nie wiedziałem, jaką zajmuję aktualnie pozycję. Aczkolwiek z obserwacji Pati wynikało, że drugie okrążenie zacząłem jako około 40. biegacz. A na którym miejscu skończyłem ostatecznie? Prawdę mówiąc nie mam pojęcia, bowiem nie czekaliśmy na ogłoszenie wyników (te mają pojawić się w internecie), a Pati nie była w stanie tego stwierdzić kiedy zawodnicy z wszystkich dystansów biegli jednocześnie. Tak naprawdę nie miało to dzisiaj żadnego znaczenia. Dodam jeszcze dla poprawności, że jak prezentowały się moje czasy na poszczególnych kilometrach. Otóż kilometr numer cztery pobiegłem w 4:24, a dalej notowałem czasy: 4:36, 4:29, 4:26, 4:31, 4:27, 4:27, 4:23 oraz 3:28. Jednak jak się okazało ostatni "kilometr" liczył sobie zaledwie 874 metry. Co nie zmienia faktu, że w końcówce zdecydowanie przyspieszyłem. Czym to było spowodowane? Otóż pozwoliłem sobie na małą rywalizację z zawodnikiem, który biegł przede mną. To była fantastyczna walka. Tym razem to nie ja byłem górą, ale rywal po biegu podał rękę i podziękował za ten finisz. A więc było warto :) Mój czas to 52 minut i 51 sekund. Jak na "niedzielne wybieganie" całkiem nieźle. 
   Na mecie buziak od ukochanej, a także talerz zupy i lokalne smakołyki - krentenbol oraz kerstol. A dokładnie to bułeczka z rodzynkami i kromka słodkiego chleba, również z rodzynkami. Jeszcze szybki prysznic i w drogę do... McDonald'a. Przecież ukoronowaniem niedzielnego biegania muszą być lody, a wiadomo, że najlepsze są w "restauracji" spod znaku żółtej eMki. McFlurry Appel Crumbel smakował wyśmienicie. Aczkolwiek Pati twierdzi, że McFlurry Caramel Brownie nie był wiele gorszy. Podobnie zresztą jak McCurryWurst - ten niemiecki Mc Donald ma znakomite menu! Stamtąd udaliśmy się prosto do domu gdzie urządziliśmy sobie... Pasta Party. Pełnoziarnisty makaron z mięsem wołowym i sosem pomidorowym, serwowany z odrobioną tartego parmezanu i szklanką zimnego, pszenicznego piwa bezalkoholowego. Tak to było to na co miałem dzisiaj ochotę!


PS: Jedyne chyba czego zabrakło mi na tych zawodach to... medale. Na szczęście na pamiątkę mam numer startowy :)

PS 2: Są już wyniki! ostatecznie Pati miała rację - 8. miejsce :)

16 lutego 2013

Dzień pełen atrakcji... i biegania

Pati przed Run2Day w Hengelo
125g bułki + 100g szynki + 500g serka = Tona endorfin :)
   Sobota - dla jednych pierwszy dzień weekendu, odpoczynku od szkoły, pracy. Dla tych z kolei, którzy dorabiają weekendami sobota to początek harówki. A czym jest sobota dla biegaczy? Dniem wolnym? Czasem na długie wybieganie albo na trening na bieżni? Generalnie ilu biegających tyle różnych pomysłów na 6. dzień tygodnia. Ja w ostatnim czasie w sobotę staram się przelecieć "półmaraton po toruńsku". Co w moim przypadku oznacza bieg na dystansie od 20 kilometrów do półmaratonu :)
Tydzień temu wybrałem się na trasę Bad Bentheim - Oldenzaal i nie inaczej było tym razem. Tak mi się podobało ostatnio, że nawet przez chwilę się nie wahałem przy podejmowaniu decyzji odnośnie dzisiejszego treningu.
   Wyposażony w portfel, telefon i łyżeczkę (znowu zamierzałem zjeść II śniadanie w C1000) wybiegłem z domu około godziny 6:15 i obrałem kierunek na Gildehaus. A więc pierwsza część trasy pokrywała się z moją codzienną, biegową ścieżką. Aura powitała mnie wysoką, jak na luty temperaturą, +4 °C, oraz gęstą mgłą. Zacząłem dość leniwie i pierwsze 3. kilometry zajęły mi aż 15 minut i 55 sekund. Nie zamierzałem co prawda jakoś gwałtownie przyspieszać, jednak odrobiną należało zwiększyć intensywność treningu. Aczkolwiek pierwszy raz w dniu dzisiejszym udało mi się "złamać" 5:00/km dopiero na 7. odcinku
   Do samej granicy biegłem praktycznie po omacku. Raczej nie zdecydowałbym się na bieganie w takich warunkach bez żadnego oświetlenia u nas w kraju. Tutaj jednak mogłem sobie na to pozwolić. Płaskie, proste ścieżki to idealne miejsce na trening przy takiej aurze. Potwierdzały to czasy na kolejnych kilometrach, które oscylowały w okolicach 5 minut.
Prezent od Pati :)
   Do Oldenzaal wbiegłem chwilę przed 8, a kilkanaście minut później zameldowałem się w C100. I to jako jeden z pierwszych klientów. Tym razem wiedziałem od razu po co tu przyszedłem. Dwa jabłka, serek, ciemna bułka i szynka z kurczaka to był idealny zestaw na poranne śniadanie po trwającym 1 godzinę 41 minut i 49 sekund treningu. Mój "półmaraton po toruńsku" zakończyłem tym razem na 20. kilometrze i 98. metrze. Tak więc średnie tempo wyniosło 5 minut i 4 sekundy na kilometr. Niestety o ile kolano wraca do pełnej sprawności o tyle ze stopą jest coraz gorzej. Dzisiaj wstając z łóżka w ogóle nie mogłem dotknąć górnych okolic małego palca. Zaraz po powrocie do Polski spróbuję na jakiś czas odstawić Brooks'y i polatać w któryś wysłużonych już "tenisówkach". W czasie biegu dał o sobie znać również żołądek. Co ciekawe zbiegło to się w czasie z otwarciem nowego słoika dżemu, który dodaję do owsianki. W ostatnim czasie jadłem inną konfiturę, a teraz otwierając nowy słoik zdecydowałem się na powrót do tej, którą spożywałem zaraz po przyjeździe... a więc w momencie kiedy pierwszy raz wystąpiły rewolucje żołądkowe. Może to tylko przypadek jednak jutro chyba nie zaryzykuję :)
Biegnę we mgle, nie wiem gdzie... :)
   Mam też dobrą wiadomość dla tych, którzy nie za bardzo lubią czytać o moich codziennych treningach. Otóż postanowiłem, że po powrocie opublikuję na blogu posta, w którym przedstawię smakołyki jakie znalazłem w lokalnych sklepach. Zachodnia Europa naprawdę ma do zaoferowania mnóstwo świetnych produktów, dla osób które, podobnie jak ja, lubią liczyć kalorie. Postaram się pokazać czym zastępowałem niedostępne w Niemczech, czy Holandii składniki mojego jadłospisu oraz jak do urozmaiciłem. Patrycja już jakiś czas temu sugerowała, żebym się za to zabrał i tak będąc dzisiaj na zakupach zrobiliśmy kilka zdjęć, które będę mógł wykorzystać.
   Również dzisiaj odwiedziłem wspólnie z Pati sklep dla biegaczy w Hengelo - Run 2 Day. To co od razu rzuciło mi się w oczy to... wymalowana na podłodze bieżnia, na której badana jest biomechanika stopy. Co do asortymentu to wybór całkiem spory, ale ceny raczej z nóg nie zwalały. To co dostrzegłem na ostatnich zawodach, czyli wszechobecność marki Saucony, była widoczna również i tutaj co generalnie nie powinno nikogo dziwić. 
   A już jutro mam w planach... Albo lepiej nie zapeszać. Jeżeli wszystko pójdzie po mojej myśli to będę miał co opisywać. Szkoda tylko, że moja biegowa ekipa wróciła już do Polski i nie będzie mi towarzyszyć. Niemniej jedno jest pewne - niedziela w moim wykonaniu musi być wyjątkowa. Starty w zawodach, wycieczki biegowe, wszystko to zapewnia mi głównie niedziela. Mam nadzieję, że jutrzejsza nie będzie, pod tym względem, wyjątkowa. W końcu "Sonntag" bez biegania to jak... maraton bez punktów odżywczych - niby możliwe, ale strasznie męczące ;)

15 lutego 2013

Walentynkowe bieganie

Już po zakupach :)
   Tym razem czwartek nie był zwykłym czwartkiem. W końcu 14. lutego to święto zakochanych. Moda na Walentynki przyszła do nas z zachodu i nie widzę nic złego w uleganiu "magii Walentynek". Bo co może być złego w tym, że mamy jeszcze jedną okazję do okazywania swoich uczuć. No ale to blog biegowy, dlatego już wracam do mojego biegania. Walentynki walentynkami, ale czwartek to dzień spokojnego biegu. Co do dystansu to standardowo zdecydowałem się na 15 kilometrów. 
   Z samego rana obudziłem Moją Pati, aby ją wyściskać i obdarować jakimś drobiazgiem, a następnie wyruszyłem na trening. Ale nie sam! Moja siostra postanowiła, że pobiegnie ze mną. Już na samym początku ustaliliśmy, że pod koniec biegu zalecimy do piekarni i kupimy coś pysznego dla wszystkich domowników. Zaczęliśmy spokojnie - 5:15/km. Następne kilometry pokonywaliśmy kolejno w 5:14, 5:12. I wtedy, na 4. odcinku, Mała przegrała walkę z żołądkiem i uznała, że musi "na chwilę przerwać trening". Ponadto nie czuła się najlepiej i stwierdziła, żebym dalej biegł sam. No nic, miało być wspólne 15 kilometrów, a skończyło się (jak mi się wtedy wydawało) na trzech.
Trening skoro... świt? :)
   Dalej biegnąc już samotnie uznałem, że mogę nieco podkręcić tempo. W końcu każda sekunda urwana na treningu pozwalała mi spędzić więcej czasu z Pati :) Kilometry 4. przebiegłem jeszcze w 5:02. Ale już na następnym zszedłem do 4:47, a dalej było jeszcze szybciej - 4:41, 4:34. Kiedy na 8. tysiączku zobaczyłem zbliżającą się w moim kierunku jaskrawopomarańczową kurtkę w pierwszej chwili nie uwierzyłem. Mała - reaktywacja. Moja siostra po wyeliminowaniu problemów żołądkowych postanowiła kontynuować trening. Mało tego, była w tak dobrym nastroju, że śpiewała sobie po drodze :) 
   Tak więc dalej znowu lecieliśmy razem. A ja, żeby to "uczcić" zarządziłem drobną zmianę trasy. Zamiast biec wzdłuż głównej ulicy odbiliśmy w  osiedla domków jednorodzinnych i skierowaliśmy się w stronę szpitala w Bad Bentheim, który sąsiaduje z piekarnią. Co ważne, z piekarnią, gdzie pani ekspedientka komunikuj się w języku angielskim, gdyż nie będę ukrywał, że 5 lat mojej nauki niemieckiego na niewiele się zdało. Drogę "zum Bäckerei" pokonywaliśmy w tempie od 5:01 do 5:08/km. Tam zrobiliśmy takie zakupy, że na dalszą trasę, a zostały jeszcze 2 kilometry, zostaliśmy zaopatrzeni w... skrzyneczkę. Spodziewałem się, że mocno nas to spowolni. Jednak zadziałała chyba "magia Walentynek" bo 14. kilometr zajął nam 4 minuty i 50 sekund. Dokładnie tyle samo co ostatni odcinek!
   Łącznie wyszło 15 kilometrów i 88 metrów. Zajęło nam to 1 godzinę 14 minut i 48 sekund. Uzyskaliśmy średnie tempo 4:57/km. A po biegu zebraliśmy wszystkich domowników i wręczyliśmy im zakupione w piekarni smakołyki :)
Jest uśmiech, a więc było warto! :)





13 lutego 2013

I gra muzyka

   Ostatni "środowy" trening na terenie Niemiec już za mną! Tak jak myślałem, organizm ledwo zdąży się przyzwyczaić do nowych warunków, a już trzeba będzie wracać. Aczkolwiek zanim znowu będę latał po Gdańsku czeka mnie jeszcze kilka biegów za zachodnią granicą.
   Tak jak pisałem ostatnio, w związku z obawą o kolano, zaplanowałem na dzisiaj jedynie lekkie rozbieganie. Wczorajsza trasa spodobała mi się na tyle, że i tym razem postanowiłem ją pokonać. Aczkolwiek tym razem bez specjalnego wydłużania jak to miało miejsce dzień wcześniej. 
   Z domu wybiegłem chwilę po tacie, który rozpoczął swój trening o 5:15. Już się zrobił z tego taki mały rytuał. Kiedy słyszę otwierane drzwi to znaczy, że pora się ubierać, przygotować Pati porcję kofeiny i wyruszać na trasę.
   Dzisiaj zacząłem nieco spokojniej niż we wtorek. Pierwszy kilometr zajął mi 5 minut i 16 sekund, a na kolejnym przyspieszyłem ledwie o 3 sekundy. Nie spieszyło mi się, cieszyłem się, że kolano się nie odzywało. Plany planami, ale jednak najważniejsze jest zdrowie. Więc skoro nie umiem sobie odmówić biegania nawet na krótki okres to przynajmniej staram się, żeby było jak najmniej obciążające dla organizmu. Wyrzuty z powodu odpuszczenia przebieżek, nie będę ukrywał, są. Jednak późniejsze treningi będą równie ważne albo jeszcze ważniejsze dlatego chcę do nich przystąpić w pełni sprawny. 
   Wracając do dzisiejszego biegania to aż do 6. kilometra biegłem takim, nieco wolniejszym tempem. Pierwszy raz poniżej 5 minut zszedłem podczas 7. "tysiączka" i nie zwolniłem już do samego końca. Nawet na ostatnich 2 kilometrach kiedy zmuszony byłem do biegu z unieruchomioną jedną ręką. Nie, nie nic mi się nie stało. Po prostu dzisiaj jest... Wigilia Dnia Zakochanych i z tej okazji postanowiłem sprawić niespodziankę wszystkim bliskim mi kobietom i zafundować im świeże, pachnące bułeczki :) W związku z tym drogę od piekarni do domu pokonałem z reklamówką "pełną" smakołyków.
   A na samym treningu przebiegłem łącznie 14 kilometrów i 459 metrów ze średnią prędkością 12:02km/h. A już jutro wybiorę się na trasę "Bad Bentheim - "Trink Hala" - Bad Bentheim" po raz trzeci i ostatni w tym tygodniu :)

12 lutego 2013

Kraków już tuż tuż

   Do maratonu w Krakowie już coraz mniej czasu. Kiedy dokonywałem rejestracji nawet jeszcze nie myślałem o przygotowaniach, a tymczasem już blisko połowa tych przygotowań za mną. Dzisiaj rozpocząłem już 11. tydzień mojego "planu treningowego".
   Na dzisiejszy trening wybierałem się w wyjątkowo dobrym nastroju. Postanowiłem, że nic nie zepsuje mi humoru. Wciąż miałem w pamięci ostatnie wtorkowe bieganie i te problemy z kolanem i żołądkiem. Jednak dzisiaj to nie mogło się powtórzyć, po prostu nie mogło.
   Z domu wybiegłem jak zawsze około 5:30, jednak tym razem zamiast kręcić się po mieście wybrałem bieg do pobliskiej hurtowni napojów i z powrotem. Generalnie średnio lubię biegać "w tę i nazad", aczkolwiek mając do wyboru to i latanie pętli lub kręcenie się bez celu postawiłem na to pierwsze.
   Pierwszy kilometr pokonałem w 5:08. Na kolejnych odcinkach jeszcze przyspieszyłem i już na 4. odcinku zszedłem poniżej 5 minut. W pierwszej chwili nieco zwątpiłem. W końcu ostatnio tak latałem właśnie w ten pamiętny wtorek... Jednak z drugiej strony skoro nic złego się nie działo, nogi niosły to czym tu się martwić. Biegło mi się rewelacyjnie. Płaska i równa trasa tylko powiększała uśmiech na mojej twarzy.
   Przebiegłem 15 kilometrów i 809 metrów w czasie 1:17:21. Średnie tempo wyniosło 4:54/km. Po takim biegu śniadanie, przygotowane przez Ukochaną, smakowało wyśmienicie :) Jutro powinienem zrobić przebieżki jednak wciąż nieco obawiam się o kolano. Czuję, że jest coraz lepiej, ale to jednak wciąż nie jest pełna sprawność. Po powrocie do Gdańska zamierzam włączyć do planu interwały, a do tego muszę być w 100% zdrowy dlatego jutro jedynie I zakres :)

11 lutego 2013

Najpierw wybieganie, a potem... VIVA CARNIVAL

   W ramach niedzielnego wybiegania postanowiłem  pozwiedzać pobliskie okolice. Aczkolwiek tym razem nie zamierzałem przekraczać granicy.  Wolałem biec wzdłuż niej. Trasa treningu w całości miała znajdować się na terenie Niemiec. Chciałem sobie przypomnieć nieco swoje letnie, biegowe ścieżki, które pokonywałem wspólnie z Pati w ramach przygotowań do 34. Maratonu Warszawskiego. Jako, że nie chciałem brać ze sobą latarki, a jednocześnie w miarę wcześnie skończyć trening, żeby wybrać się na karnawał, idealną porą na rozpoczęcie treningu była 8 rano. W planach miałem 34 kilometry i nieco obawiałem się jak taki dystans zniesie moje kolano oraz żołądek. Wciąż w pamięci miałem ten koszmarny, wtorkowy trening i dlatego miałem pewne obawy. Ale nie zamierzałem mimo to rezygnować z biegu.
   Z domu wyruszyłem z kilkuminutowym opóźnieniem i skierowałem się na północ, w stronę autostrady A30. Pierwsze 3-4 kilometry pokonałem w tempie 5:02-5:10/km. Trasa w tym momencie prowadziła przez las, aczkolwiek biegłem równą i płaską ścieżką rowerową. Kiedy minąłem autostradę obrałem kurs na Nordhorn i tutaj nieco się załamałem. A miało to miejsce kiedy wybiegłem z zza jednego z zakrętów i zobaczyłem płaską, prostą drogę, o długości (jak się później okazało) około 5 kilometrów! Generalnie można by powiedzieć, że to marzenie biegacza - zero wzniesień, równo jak na stole - tylko biec! Ale jednak kiedy widok tak długiej prostej podcina nieco skrzydła. Kiedy mam przed sobą 300-400 metrów to chce je przelecieć jak najszybciej, żeby zobaczyć co będzie za zakrętem, jednak kiedy mam przed sobą kilka kilometrów to już zupełnie inna bajka. 
Końca nie widać...
   Przed samym Nordhorn odbiłem w lewo i przebiegłem na drugą stronę miasta. Dalej skierowałem się wzdłuż niemiecko-holenderskiej granicy w kierunku miejscowości Westenberg. Tutaj znowu natrafiłem na długie płaskie odcinki. Jednak każdy kilometr przybliżał mnie do domu. Kiedy przekroczyłem połowę zakładanego dystansu biegło się już znacznie lepiej. Tempo utrzymywało mi się mniej w granicach 5:00 - 5:10/km. Jedynie kilka kilometrów przebiegłem szybciej lub wolniej, a i te jedynie o parę sekund. 
   Kiedy dobiegłem do Westenberg skierowałem się na wschód, w stronę Gildehaus i Bad Bentheim. Tą część trasy znałem bardzo dobrze. To właśnie tędy biegłem w sobotę. Wiedziałem więc, że od domu dzieli mnie zaledwie 9 kilometrów. W Gildehaus, 6 kilometrów od domu, zacząłem mimowolnie przyspieszać. Na 28. kilometrze moje tempo wynosiło jeszcze 5:00/km, ale następny odcinek pokonałem już w 4 minuty i 56 sekund, a na ostatnim tysiączku mój Gremlin wyliczył mi tempo 4:32/km.  
Moje pobiegowe śniadanko przygotowane przez Pati :)
   W końcówce zaleciałem jeszcze na stację benzynową po kawę i lody i chwilę później zdejmowałem już ze stóp swoje niebieskie Duchy. Przebiegłem 33 kilometry i 747 metrów w czasie 2:50:12. Średnie tempo wyniosło 5:03/km. A po treningu wspólnie z siostrą i Patrycją wybraliśmy się na karnawał do Oldenzaal, a później na obiad do Kinika i lodowe szaleństwo w MC Donaldzie :) To był naprawdę dzień pełen wrażeń! Parada karnawałowa okazała się fantastyczna. Całe miasto było poprzebierane. Ludzie organizowali imprezy w domach, na chodnikach, w lokalach. Wyciągali na ulice stoliki, masę alkoholu, coś do jedzenia, głośniki i zaczynali się bawić, tańczyć, śpiewać. Pierwszy raz coś takiego widzieliśmy. Jeżeli kiedyś jeszcze będzie nam dane wziąć udział w takim wydarzeniu na pewno pomyślimy o kostiumach, bo te mieli na sobie niemalże wszyscy, niezależnie od wieku :)

9 lutego 2013

Biegiem przez Europę


Welkom in Nederland
   No i kolejny sobotni trening za mną. W związku z tym, że przeważnie po wolnym piątku staram się przebiec nieco więcej kilometrów niż standardowe 15, zdecydowałem się, że dzisiaj wybiorę się biegiem do pracy. Powodów, które skłoniły mnie do tego było co najmniej kilka. Przede wszystkim odległość między Bad Bentheim i Oldenzaal to dokładnie 20 kilometrów. Ponadto po całym tygodniu kręcenia się bez celu po mieście miałem ochotę "pohasać" gdzieś dalej. W dodatku decydując się na takie rozwiązanie nie musiałem tracić pół godziny w samochodzie :) Kusząca też była perspektywa przekroczenia granicy w biegowych butach. Nawet pomimo faktu, że robiłem to już 4. raz.
Viva Carnival
   W Oldenzaal musiałem być przed około 8:30, tak żeby móc jeszcze zalecieć do sklepu po coś na śniadanie. Tak więc punktualnie o... 6:33 wyruszyłem z domu uzbrojony w telefon, portfel, łyżeczkę (śniadanie bez dobrego jogurtu to nie śniadanie :-)) oraz latarkę. Jak się później okazało, tej ostatniej w ogóle nie potrzebowałem. Tak jak mam to ostatnio w zwyczaju, za przeproszeniem, olałem tempo biegu. Nie wygrałem jeszcze walki z kolanem, a więc nie zamierzałem go dodatkowo obciążać. Pierwsze kilometry pokonywałem w tempie około 5:10/km. Biegło się lekko i przyjemnie. O dziwo staw skokowy nie specjalnie dawał się we znaki. Nie chciałbym zapeszać, ale tak dobrze jeszcze od czasu wyjazdu nie było. Żołądek też już chyba przywykł do nowego menu. Cieszyła mnie również duża liczba przydrożnych latarni, gdyż jakoś niespecjalnie cieszyła mnie perspektywa biegu z latarką w ręku (niestety zawsze znajdę do kupienia coś bardziej przydatnego niż czołówka). Praktycznie do granicy miałem drogę bardziej lub mniej oświetloną. 
Kanapka Biegacza
   Granicę minąłem po okołu 10 kilometrach biegu, a więc praktycznie w połowie. I tutaj ciekawostka, bo przez całe Niemcy trasa była płaska. Dopiero w Holandii zaczęły się wzniesienia, chociaż i te, jak można się domyśleć, nie powalały rozmiarami :) W Oldenzaal zameldowałem się po nieco ponad 1,5-godzinnym biegu. Przed sobą miałem jeszcze około 2 kilometry, które dzieliły mnie od C1000, gdzie zamierzałem 'uzupełnić paliwo". Przez samo miasto biegło się rewelacyjnie. No ale jakby mogło być inaczej skoro cała miejscowość żyje karnawałem. Te przystrojone domy wyglądały super! (Jutro wybieramy się na paradę więc zapewne na blogu pojawi się więcej zdjęć:-)) Trening zakończyłem, tak jak zaplanowałem, śniadaniem w C1000. Wybór nie był trudny - kiedy przechodziłem koło działu z pieczywem, pani tam pracująca, właśnie wyjęła z pieca, ciepłe, ciemne bułki z ziarnami :) Do tego dokupiłem jeszcze 100 gram szynki z kurczaka, jabłko i serek homogenizowany. Jako, że nigdy nie ukrywałem, że jestem fanem liczenia kalorii, miałem drobny problem z uzyskaniem wagi mojej buły. I tu z pomocą przyszła mi... waga do owoców. Wynik? 128gram! A więc blisko 350 kalorii, ale było warto :) Ponadto w nogach miałem 19 kilometrów i 971 metrów, których to pokonanie zajęło mi 1:41:48. Po czymś takim nawet tak wielka buła jest do przyjęcia :)

Dzisiejsza para - ta główna dopiero jutro :)