Na skróty

7 marca 2019

Król bezdroży - recenzja Rondo RUUT CF 2

   Już na samym początku muszę wspomnieć, że nie będzie to typowa i w 100% obiektywna recenzja roweru. Dlaczego? Bo nie będę tutaj pisał o zwykłym rowerze. Będę pisał o Rondzie - rowerze, który przykuł mój wzrok już jakiś czas temu. Wizualnie naprawdę wyróżniał się na tle innych maszyn. A kiedy dowiedziałem się, że jest to polska produkcja rodem z GDAŃSKA, od razu wskoczyła na półkę "must have".
   Później już poszło całkiem sprawnie - wymiana paru maili z Piotrem i po kilku dniach pojechałem do siedziby firmy po testowego Rondo Ruut w wersji CF2. Miałem więc piękną karbonową maszynę na osprzęcie Sram Rival w czarno - błękitnej kolorystyce.
   Ale przejdźmy do konkretów. Napęd od amerykańskiego producenta miałem już okazję testować jeżdżąc na Focusach. Tam był Force i Apex, a
teraz dostałem Rivala, czyli grupę będącą dokładnie pomiędzy tymi dwoma. Szybkość i precyzja zmiany przełożeń bez zarzutu. Klamkomanetki Rivala bardziej przypominają te Force i to duży plus, bo nie leżała mi ruchoma dźwignia w Apexie. W przypadku Srama niejako normą jest, że ma się wrażenie, że napęd jest niezwykle sztywny, spięty, twardy. Zakładając łańcuch ma się obawy, że jeden niewłaściwy ruch może spowodować amputację palców :) Niemniej jest to na pewno plus, szczególnie kiedy mówimy o rowerze takim jak Rondo - do jazdy w każdych warunkach pogodowych.
   Kierownica typu flare (mimo mojego dość sceptycznego podejścia) sprawia, że rower prowadzi się pewnie i naprawdę wygodnie. Niestety ma to też swoje minusy, szczególnie podczas upadków, gdyż klamki są wówczas mocno narażone na uszkodzenia.
   Ogromną robotę robi owijka. Jeździłem już zarówno na tych najtańszych, jak i na markowych i żadna mi tak nie odpowiadała jak ta zastosowana w Rondo (zresztą dokładnie taką mam również w swoim Haibike'u). Nie jest ani za miękka ani za twarda. W dodatku ręce trzymają się jej pewnie nawet kiedy spływa po nich pot.
   Jeżeli chodzi o siodło to jestem zdania, że tutaj porównania nie mają racji bytu - każdy tyłek jest inny i każdy oczekuje czego innego. Ja na siodle od Fabric czułem się po prostu komfortowo.
   Koła - coś co dla wielu kolarzy jest jedną z najważniejszych rzeczy w całym rowerze. Waga zestawu na pewno nikogo na kolana nie rzuci, ale wziąć pod uwagę należy, że rower fabrycznie jest na dętkach (obręcze Rondo Alloy są przystosowane do systemu tubless) i nie najlżejszych oponach Panaracer Gravelking w rozmiarze 700x35. A jak już mówimy o oponach, to choć ciężko im zarzucić cokolwiek na szutrach, leśnych ścieżkach czy miejskich uliczkach, to już w bardziej błotnistym terenie zaczynały nieco pływać
   Niemniej osprzęt osprzętem, ale rower to przede wszystkim rama, a w przypadku Ronda, wybitniej niż w innych dwóch kółkach, dodatkowo widelec. Obie te rzeczy mamy tutaj wykonane z karbonu. I choć rama ma kilka ciekawych gięć, jak chociażby te na rurze górnej, dzięki któremu sprawnie i wygodnie można przenieść rower na ramie, to na prawdziwą uwagę zasługuje widelec. Dla mnie osobiście jest to dusza tego roweru. To właśnie on sprawia, że nie da się nie zauważyć Ronda w peletonie. W dodatku on nie tylko wygląda. Jest to chyba pierwszy widelec dający możliwość zmiany geometrii roweru w zależności od własnych preferencji.
   Wszystko fajnie, ale przejdźmy do jazdy, w końcu do tego właśnie rower jest stworzony! Mimo, że Rondo było u mnie zaledwie dwa tygodnie to udało mi się wykręcić na nim kilkaset kilometrów. Jednorazowo pokonywałem od 30 do przeszło 100 kaemów. Jeździłem nim po ulicach Gdańska, po kaszubskich szutrach, warmińskich trasach rowerowych. Zabrałem go na typowo przełajowe trasy z dużą ilością błota, technicznymi przeszkodami. Sprawdziłem jak sprawuje się na słynnej Green Velo oraz jak radzi sobie na ustawkach szosowych.
   Wnioski? Ciężko uwierzyć, że tego roweru nie projektował ktoś z Warmii :) Rondo jest po prostu stworzone na ścieżki typu Green Velo, gdzie mamy niemal każdy rodzaj nawierzchni - od szutrów przez kostkę i bruki po asfalt. Na tym rowerze po prostu łyka się kolejne kilometry. Jest szybko, wygodnie, pewnie i przyjemnie.
   Zresztą nie dziwi mnie też fakt, że Michał Bogdziewicz właśnie na Rondzie pokonuje co sobotę trasy kolejnych Gravelondo (przyjmijmy, że się tego nie odmienia :) ). Jakby ta trasa nie była ułożona, to Ruut bez problemu sobie z nią poradzi.
   Owszem można pisać, że napęd 40 10/42 jest niewystarczający na szybszą jazdę po szosie, a na zawodach przełajowych można spotkać rowery lżejsze i z bardziej agresywnymi oponami. Tylko Ruut nie jest ani szosą ani przełajem. I choć możemy go wykorzystać do jednego jak i do drugiego, to musimy pamiętać, że jest on królem bezdroży, szutrowym Harleyem.





























Brak komentarzy:

Prześlij komentarz