Pisałem, że czeka mnie iście biegowy weekend i nie pomyliłem się. Oj nie! Biegania była cała masa. Jednak pozwólcie, że daruję sobie opisywanie sobotniego biegu. Półmaraton z Niemiec do Holandii na chwilę przed pracą to już nic nadzwyczajnego w moim dzienniczku treningowym. Zresztą w niedzielę działo się tyle, że opisując wszystko szczegółowo, włącznie z sobotą, musiałbym dzielić posta na tomy :) Tak więc - niedziela.
Plan był prosty - wspólnie z siostrą lecimy do Oldenzaal na zawody biegowe. Kros na dystansie 12 kilometrów (do wyboru były jeszcze biegi na 6 oraz 9 tysiączków) na zakończenie długiego wybiegania to zdecydowanie ciekawa opcja.
Hulsbeekcross miał wystartować o godzinie 11:00. Aby zdążyć się zapisać musieliśmy dotrzeć do biura zawodów przed 10:30. Ustaliliśmy, że wystartujemy około 8:00.
W sobotę wieczorem mama upiekła rogaliki więc niespecjalnie zadbaliśmy o przestrzeganie diety. Wspólny seans filmowy również tego nie ułatwił. Jednak trening - rzecz święta. Jak się zaplanowało bieg to trzeba było wstać. I tak punktualnie o 6:00 wyłączyłem budzik.






