W tym roku wpadłem na pomysł, że razem z Małą będziemy przygotowywać się do przyszłych startów... w lesie. Odpuszczamy na jakiś czas asfalt i większość biegów będziemy realizować w lesie. Oczywiście nie oznacza to, że w ogóle nie będę widoczny na gdańskich chodnikach. Jednak chciałbym, aby były to pojedyncze wizyty.
Aby trenować w lesie musimy znaleźć sobie codzienną, podstawową trasę. Już od jakiegoś czasu kształtowała mi się ona w głowie i dzisiaj w końcu postanowiliśmy ją "wypróbować".
Do lasu wbiegliśmy na Strzyża i od razu musieliśmy pokonać długi, a nawet bardzo, bardzo długi podbieg. A wiadomo - początek treningu, mnóstwo energii - "przejść do marszu? a gdzie tam!". Na samej górze byłem wręcz wypruty! Nie byłem zmęczony, nie byłem zdyszany - byłem wy - pom - po - wany. A najgorzej, że w lesie byliśmy dopiero niecałe 10 minut. Dobra - kilka oddechów i jedziemy dalej!
Po w miarę płaskim lecieliśmy ledwie przez kilkaset metrów. A dalej znowu w dół i górę. Kolejny spory podbieg, choć nie tak dokuczliwy jak ten pierwszy. Na chwilę wbiegliśmy na zielony szlak, ale szybko z niego zboczyliśmy i polecieliśmy w stronę szlaku niebieskiego. To właśnie na nim spędziliśmy najwięcej czasu. No dobra - czasu może więcej spędziliśmy na szlaku zielonym, ale kilometrów na pewno więcej pokonaliśmy na szlaku niebieskim.