Na skróty

2 sierpnia 2021

Kociewskie Tour de France - relacja z Cyklo Pelplin 2021

fot. Szymon Gruchalski

    Ponad 7 miesięcy minęło od ostatniego wyścigu szosowego spod egidy Cyklo, a muszę przyznać, że mam spory sentyment do tego cyklu. Tak więc choć samo ściganie w tym sezonie rozpocząłem pod koniec sierpnia to z niecierpliwością czekałem na Pelplin.

   W 2019 roku startowałem tam na dystansie krótkim, ale definitywnie już pożegnałem się z mini. Jak się ścigać to w spodenkach ;) A tak już na poważnie - trasę w Pelplinie znałem dobrze i wiedziałem, że o jakieś odjazdy będzie ciężko. Przeczuwałem, że wszystko się rozegra po sprincie z dużej grupy, a że sam jestem duży gość (albo bardziej dobitnie - grubas 😁) to można powiedzieć, że mógłby to być wyścig pode mnie. Są jednak pewne "ale". Najważniejszy to mój brak nogi, która wygenerowałaby wystarczające waty na tych końcowych kilkuset metrach. Poza tym mało ostatnio startuję, nie jestem otrzaskany w ściganiu się w peletonie, odpuszczam walkę na łokcie na rzecz bezpieczeństwa. No i jazda na alibi - często na finiszu jestem tak usatysfakcjonowany, że nie dałem się zerwać, że już sprint sobie odpuszczam. To błąd - pracuję nad tym, efektów póki co brak. No ale po kolei.

fot. Kamil Skoneczny

   W Pelplinie zameldowałem się koło 10. Szybko ogarnąłem sprawy formalne i z Łukaszem ruszyłem na rozgrzewkę. Pojechaliśmy przypomnieć sobie jak będzie wyglądała końcówka. Ostatnie dwa zakręty to nie rurki z kremem. Akurat tam wyjątkowo chwila nieuwagi mogłaby być katastrofalna w skutkach.

   Na starcie, dzięki Jankowi, zameldowałem się w pierwszej linii. Nasz Bogdziewicz Team był reprezentowany na długim dystansie w sumie przez 4 osoby, bo poza nami jechał jeszcze Paweł i Tomek. Jaki miałem plan na ten wyścig? Bardzo prosty - zamierzałem się jak najdłużej trzymać koła Janka. Jeździłem z nim parę razy ostatnio i za każdym razem mnie zrywał, więc byłem pewien, że jego koło to dobre koło.

   Ruszyliśmy punktualnie o 11:30. Zaraz za startem był kilkuset metrowy podjazd i gdzieś przez głowę mi przemknęło, że trzeba będzie uważać na jakieś akcje od początku. Zupełnie niepotrzebnie. Ten początek przypominał pierwsze kilometry z Rajdów dla Frajdy. Wszyscy patrzyli po sobie, nikt nie chciał wziąć na siebie ciężaru rozprowadzania peletonu. Przyspieszenie nastąpiło po około 3 kilometrach. Niemniej to płaski Pelplin nie było większych szans, żeby to się porwało. Szczególnie, że choć trochę wiało to nie mieliśmy do czynienia z silnymi bocznymi podmuchami, które wymusiłyby pojawienie się rantów. Jechaliśmy ławą. 


   Jeszcze na początku wyścigu zaznaczyłem swoją obecność, wysuwając się na czoło peletonu. Jednak jakiekolwiek akcje nie wchodziły z grę. Żeby to się udało musiałbym znaleźć się w liczniejszym odjeździe, który byłby w stanie jechać z prędkością około 45 km/h. A czy to nie zakończyłoby bombą? Bardzo wątpliwe.

fot. Szymon Gruchalski
   Po kilku minutach schowałem się w grupie i czekałem na to co się wydarzy. No i tutaj chyba nikogo nie zaskoczę - nie wydarzyło się nic aż do samego końca. Było kilka kraks. W jednej z nich ucierpiał Robert (a szczególnie jego rower), z którym jeszcze w czwartek jechaliśmy chwaszczyńskie Rondo. Jedną z nich próbował wykorzystać Gryf Tczew, ale szybko akcja została skasowana. W miarę spokojnie dojechaliśmy na 4-kilometrową rundę po Pelplinie. Z 85-osobowego peletonu zostało nas 45 osób. Zaczęła się walka o jak najlepsze miejsce przed finiszem. No i to jest właśnie ten moment, gdzie zabrakło sprytu, odwagi, pewności siebie i umiejętności. Z ostatniego łuku wyszedłem w okolicach 30 pozycji i lekko od niechcenia finiszowałem z dupą na siodle - coś niewybaczalnego.

   Ostatecznie zameldowałem się na mecie niecałe 3 sekundy za zwycięzcą na 21 pozycji jako 7 zawodnik w M3, a więc kategorii, którą wygrał Janek - chapeu bas! Jest nad czym pracować, ale punkt wyjściowy jest bardzo dobry. Pamiętam jak nie tak dawno, gdy dojeżdżałem na metę czołówka była już po dekoracji ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz