Od kilku miesięcy, jedyne czym zaprzątam sobie głowę, a w zasadzie jej część poświęconą sportowi, to powrót do pełnej sprawności i rozprawienie się z kontuzjami. Nie stawiam sobie żadnych ambitnych biegowych celów. Nie zakładam żadnych wyników. Stąd też nie realizuję żadnego planu treningowego. Biegam z dnia na dzień. Cieszę się chwilą i każdym treningiem. Za sukces przyjmuję już sam fakt, że mogłem wyjść trochę poszurać. A jak już się uda pobiegać bez bólu? Po prostu bajka!
W tym tygodniu starałem się biegać przed pracą. Wstawanie skoro świt i wychodzenie na trening nie należało do specjalnie łatwych. W dodatku odzywały się problemy ze zdrowiem. Ciągle jednak przyświecała mi myśl, że w weekend sobie wszystko odkuję, że jak się do piątku nie posypię, to sobotni trening mi wszystko wynagrodzi.
Jaki miałem plan na ten sobotni bieg? To chyba oczywiste - skoro miał on być dla mnie nagrodą, to musiał to być bieg po TPK. Mimo, że miałem wolne, to poderwałem się już koło 5. Mógłbym napisać, że owsianka smakowała wybornie, ale to chyba oczywiste :) Tym bardziej, że obok miseczki z owsianką stała świeżo zmielona, zaparzona kawa. Innymi słowy - uczta o poranku.