Na skróty

9 kwietnia 2017

Parkrun na zachętę przed maratonem - relacja z #263 Parkrun Gdańsk

   Ostatni wpis na blogu był o tym jak dostałem motywacyjnego kopa i tak się składa, że ten dzisiejszy będzie dokładnie o tym samym. Otóż właśnie w celu dostania motywacyjnego kopa wybrałem się na gdańskiego parkruna.
   W niedzielę miałem zaplanowany start w maratonie. Tymczasem naprawdę brakowało mi takiej pewności siebie przed tym biegiem. Niby realizowałem bez zarzutów plan treningowy, ale ale ale... Brakowało mi długich wybiegań. Ostatni start w Baninie pokazał, że w zasadzie postęp jest niewielki również w kwestii szybkości. Większych progresów nie miałem też na siłowni.

27 marca 2017

O tym jak dostałem kopa

   W zasadzie post ten w ogóle nie powinien się pojawić. Nie planowałem opisywania minionego weekendu. I to nawet pomimo faktu, że naprawdę jest o czym pisać - zawody, wyjazd w rodzinne strony. Jeszcze nie tak dawno nie było opcji, żeby na blogu nie pojawiła się relacja z zawodów. Tyle, że od tego "nie tak dawno" trochę się pozmieniało. I zmienia się ciągle. I to chyba przez te zmiany nie mogę się połapać i znaleźć tych 45-60 minut dziennie na bloga. Niestety (a w zasadzie stety) blog ma dość niski współczynnik istotności w moim życiu. Rano nie piszę, bo wolę iść na trening. Później praca, a wieczorem chcę choć chwilę pobyć z synem nim położymy go spać oraz z Pati jak już maluch śpi. Pisać mogę tak jak teraz - kiedy mam dzień wolny, a Mieszko utnie sobie drzemkę. A i tutaj nie mam pewności, że nie będę musiał przerwać swojego potoku słów :)
   Tyle tytułem wstępu. Wstępu, który w tym konkretnym wpisie, jak już zacząłem go tworzyć, znaleźć się musiał.
... no właśnie - Mieszko wstał, więc dalsza część musi poczekać :)...
... jestem, znowu mam chwilę przerwy :) ...

2 marca 2017

Pierwszy tydzień za mną...

Takie tam z ostatnich treningów :)
... w zasadzie to jego pierwsza część, bo czeka mnie jeszcze bieganie w weekend. Tyle, że poza formą nic się nie zmieniło w porównaniu z rokiem 2013 - weekend = przyjemność, a poniedziałek - piątek = kształtowanie charakteru.
   Powiedziałbym, że najgorsze za mną, tyle że jak to mówię to los przeważnie za punkt honoru stawia sobie udowodnienie mi, że się mylę. Aczkolwiek o ile wstanie o 4 i wyjście na trening o 5 we wtorek i środę było koszmarem. O tyle dzisiaj sama pobudka przebiegła niemal bezboleśnie. Wyjście na dwór pewnie też by takie było gdyby nie fakt, że przygotowałem sobie zbyt wakacyjny zestaw ciuchów. Poranny przymrozek nieco zbił mnie z pantałyku. 

28 lutego 2017

Bez kryzysów i z masą bólu oraz śmiechu - relacja z Trójmiejskiego Ultra Tracka Zima 2017

Fot. Paweł Marcinko
Fot.   Od biegu minęło już 8 dni, tymczasem moja relacja ciągle nienapisana. Z doświadczenia wiem, że najlepsze podsumowania zawodów wychodzą mi, kiedy piszę je niedługo po przekroczeniu mety. Tyle, że w przypadku TUT nie było na to nawet cienia szansy. Po pierwsze bolało mnie dosłownie każde włókno mięśniowe. Po drugie... grzaniec. Kurczę nie jestem fanem wina, ale po tych 9 godzinach w lesie miałem wrażenie, że piję gorący napój bogów ;)
   Tak więc chcąc nie chcąc za relację zabieram się dopiero dzisiaj. A jest o czym pisać, bo już sama moja obecność na liście startowej była niespodzianką. Choć decyzję o starcie podjąłem już na mecie poprzedniej edycji, to jakoś umknął mi fakt, że powinienem się zapisać. Przypomniałem sobie o tym dosłownie w ostatniej chwili i tylko dzięki uprzejmości organizatorów dostałem numer startowy.

18 stycznia 2017

Co tam u mnie słychać na przełomie roku

   Powoli zbliżamy się do końca pierwszego miesiąca nowego, 2017, roku. Tymczasem u mnie wciąż próżno szukać podsumowania minionych 366 dni. Czy nie biegałem? Biegałem i to nie tak mało, bo nazbierało się przeszło 2100 kilometrów. Czy nie startowałem? Startowałem i to nie byle gdzie, bo byłem w Cisnej na Rzeźniku, obroniłem podium wśród f-szy na Westerplatte, po raz 4. pokonałem trasę maratonu berlińskiego. 
   A więc skąd tak mało mnie na blogu? Bo rok 2016 to rok wielkich zmian w moim życiu. Mówi się, że mężczyzna w życiu powinien posadzić drzewa, wybudować dom, spłodzić syna. Zawsze zakładałem, że posadzenie drzewa będzie tym najłatwiejszym zadaniem. Tymczasem mam dzisiaj cudownego syna, kochającą żonę i piękny domek. Na 2017 rok zostało mi już tylko to drzewo. I mam nadzieję, że będzie ono mniej czasochłonne niż budowa domu :) Oczywiście częstotliwość pisania z czasów studenckich na pewno nie wróci, ale to dobrze - to znaczy, że mam inne życie niż to internetowe :) Życie gdzie na pierwszym miejscu jest rodzina, ale nie brakuje też czasu na trochę ruchu oraz skrobnięcie kilku zdań.

1 stycznia 2017

Wózek biegowy czy przyczepka? A może jedno i drugie? Thule, a inne bolidy

   Rok 2016 był dla mnie przełomowy pod wieloma względami. Zmianami, które nastąpiły w moim życiu mógłbym spokojnie obdzielić dekadę. Jednak w tym poście nie chciałbym podsumowywać minionych 366 dni. Chciałbym skupić się tylko na jednej rzeczy. Otóż w mijającym właśnie roku zacząłem przygodę z wózkami dziecięcymi.
   Pierwotnie post ten miał dotyczyć tylko i wyłącznie wózka / przyczepki Thule Cougar. Jednak prościej i rzetelniej będzie jeżeli wspomnę tutaj o wszystkich trzech wózkach z jakich korzystałem bądź korzystam do dziś.
   Jeszcze zanim na świat przyszedł Mieszko czekał na niego bolid - Safety 1st Ideal Sportive. Wózek reklamowany jako sportowy przeznaczony do długich spacerów oraz biegania z dzieckiem. Rzecz jasna bieganie z gondolą raczej nie wchodziło w grę. Trzeba było poczekać aż Mieszko zacznie siadać i będzie mógł jeździć w pozycji przodem do kierunku jazdy.

6 października 2016

To jeszcze nie koniec. Ja tu jeszcze wrócę! - relacja z 43. BMW Berlin Marathon

   Chyba pierwszy raz tak naprawdę w ogóle nie miałem ochoty pisać relacji z biegu. I to nie byle jakiego - BMW Berlin Marathonu - 43. w historii, a mojego 4. No właśnie, była to już moja czwarta wyprawa do stolicy naszych zachodnich sąsiadów i choć osiągałem tam czasy od PB po PW (Personal Worst :) ) to nigdy nie wracałem stamtąd na tarczy. Owszem w 2014 pobiegłem maraton w 3 godziny i 41 minut. Tyle, że cały czas miałem w ręku kamerę i jedynym celem była dobra zabawa oraz bieg bez przystanków.
   W tym roku było zupełnie inaczej. Nigdy nie odnotowałem tak słabego czasu w maratonie. Tyle, że nawet nie o sam czas chodzi. Miałem na ten bieg pewien plan i niestety nie udało się go zrealizować.