Na skróty

9 września 2014

Lubię dużo biegać, więc... jestem cieniasem?!

   Kontrowersyjny tytuł, nieprawdaż? A co jak Wam powiem - "Ultramaratony są dla cieniasów"? Dokładnie taki tytuł miał felieton, jaki ukazał się niedawno na stronie miesięcznika Bieganie - Ultramaratony są dla cieniasów [FELIETON]. Autorką owego felietonu jest Marta Tittenbrun (Szewczuk). Klikając w informacje o autorze znaleźć możemy między innymi takie zdanie - "W bieganiu zdecydowanie preferuje góry i dłuuugie dystanse."

   A teraz przejdźmy do samego tekstu. Zaraz na początku autorka pisze o tym, że zaliczyła "darmową chwałę i splendor" osiągając metę w BUT na dystansie 63 kilometrów. Czemu darmową skoro dotarła na metę? Bo jak sama twierdzi nie przygotowała się należycie do biegu i dystans mocno dal jej się we znaki. Nie wiem czy można mówić o "darmowej chwale" skoro aż tak cierpiała w trakcie biegu. Chociaż nie - autorka pisze, że "z biegiem to miało niewiele wspólnego". Tylko co z tego skoro dla wielu osób wyzwanie stanowiłoby już nawet przejście takiego dystansu? Zdaję sobie sprawę, że każdy ma jakieś tam swoje ambicje, ale czy negując wielkość takiego osiągnięcia, jakim jest niewątpliwi pokonanie danego dystansu, jesteśmy fair w stosunku do osób, dla których to stanowiło nie lada wyzwanie? Co mają powiedzieć osoby, który nie mieszczą się w limitach na wielu biegach? Po iluś tam kolejnych podejściach w końcu udaje im się dotrzeć przed limitem na metę, a tam słyszą "z czego tu się cieszyć - przecież to tylko dystans - każdy może dobiec w tak mało wyśrubowanym limicie". Czy to jest wobec nich w porządku?
   Pytam się - jakim prawem autorka odbiera mi możliwość cieszenia się z pokonania własnych słabości i dotarcia do mety? Co to znaczy - "duma to niewiele warta taniocha"?. Czy naprawdę aż tak ciężko zrozumieć, że są osoby, których motywacją wcale nie są czasy (chyba, że te wyznaczające limity)? Nie każdy musi być Kamilem Leśniakiem czy Magdą Ostrowską - Dołęgowską. Czemu w ogóle mamy się porównywać z w/w dwójką? O ile się orientuję Kamil spędził 2 miesiące we Francji na przygotowaniach. A ilu z nas, ludzi, dla których to bieganie jest tylko dodatkiem do życia, mogłoby sobie pozwolić na taki wyjazd? Naprawdę bardzo kibicuję Kamilowi (zresztą Magdzie również), ale nie mam takich ambicji, żeby walczyć z najlepszymi. Dla mnie podczas długich biegów najważniejsza jest walka z samym sobą.
   Dalej Pani Marta stwierdza, że "każdy w jakikolwiek aktywny człowiek jest w stanie przeczłapać choćby takiego wspomnianego już Chudego Wawrzyńca". Nawet nie chcę wiedzieć jak się czuje osoba, która truchta sobie codziennie pod domem po 10 kilometrów i chciałaby się kiedyś zmierzyć z półmaratonem, a o maratonie nawet nie myśli. 
   Zastanawia mnie również zdanie "Naprawdę nie trzeba dużego wysiłku, żeby pokonać ultramaraton.". No bo jak to się ma do tego co mogliśmy przeczytać kilka linijek wcześniej - "dystans zniszczył mnie doszczętnie". Wiem, wiem - łapię za słówka. Jednak nie mogę pojąć jak ktoś może pisać, że pokonanie 50, 80, 100 czy 200 kilometrów nie wymaga dużego wysiłku. Wymaga cholernego wysiłku. I to zarówno fizycznego jak i psychicznego. Jeżeli ktoś mi nie wierzy niech spróbuje choćby przemaszerować taki dystans. 
   I teraz jeden z ciekawszych fragmentów:
"A kto z was zrobi dychę na ulicy w 35 minut? Niewiele podniesionych rąk. Kto z was pobiegnie półmaraton w 1:20? Spróbujcie zrobić taki wynik, cyknąć sobie fotkę i wrzucić na Facebooka. Gratulować i zazdrościć będą tylko znajomi biegacze, a „ci z zewnątrz” docenią tylko ładny uśmiech na zdjęciu. Sorry gościu, ale przebiegłeś TYLKO 10 KILOMETRÓW! W tym czasie ktoś inny mógł zrobić Rzeźnika w 14 godzin i to on jest kozakiem. No jak się ma 10 km do 78 km?!"
   Naprawdę są osoby, dla których takie wyniki przychodzą lekko. Jednak są też osoby, dla których takie wyniki są nieosiągalne. Chociażby ze względu na wiek. Taki Pan Marian, który zaczął swoją przygodę ze sportem w wieku lat 54, z powodu takiego, że od kilku lat nie widział swoich kolan, gdyż te skutecznie osłonięte były przez brzuch, ma raczej marne szanse na osiągi podane przez Panią Martę. Tym bardziej, że przez ostatnie 30 lat biegał jedynie między kuchnią, a łazienką. Wiadomo, że w pewnym wieku o szybkość jest coraz ciężej. Za to wytrzymałość to już zupełnie inna bajka. Ta z wiekiem rośnie. I dzięki temu Pan Marian może zdecydowanie lepiej się przygotować do biegów ultra. Demonem prędkości raczej już nie będzie, ale wytrzymałością może jeszcze zabłysnąć. 
"Oczywiście biegać można rekreacyjnie, nie ścigać się, startować dla pięknych okoliczności przyrody, bla bla bla… Ale jeśli już chcemy chwalić się swoimi startami, to zawieszajmy sobie poprzeczkę na odpowiedniej wysokości. Zadaj sobie pytanie, czy ukończenie danego biegu (czyli zmieszczenie się w limicie) to dla ciebie rzeczywiście wyzwanie? Czy nie lepiej potrenować ciężej i być wyżej w klasyfikacji? A może potrenować jeszcze ciężej i zrobić spektakularną życiówkę w asfaltowej dyszce?"
   Tutaj pozwolę sobie przytoczyć historię mojego znajomego, który startował w kilkudniowym wyścigu rowerowym. Chłopaki mieli do pokonania jakiś tam dystans, ze sobą namioty i wszystko innego co było potrzebne. Każdego wieczoru rozpalali ognisko, jedli kiełbaski, pili po puszce piwa, a rano jechali dalej. I ten znajomy stwierdził, że gdyby nie te ogniska, piwo, żarcie i w ogóle to zapewne byłby kilkanaście pozycji wyżej. Tylko mając do wybory 115. miejsce i kilka dni żyłowania się w pojedynkę wybrał 130. miejsce i kilka dni dobrej zabawy. Jakie znaczenie ma miejsce jeżeli nie walczymy o podium? Szczerze mogę przyznać, że nie pamiętam żadnego swojego miejsca z żadnych zawodów (może poza tymi gdzie faktycznie udało mi się stanąć na pudle). Co za różnica czy będę 12456 czy 12455? Czy to naprawdę jest aż tak ważne?
   Wg autorki "w ultramaratonach często startują ci, których nie stać na ciężką pracę, żeby osiągać dobre wyniki na krótszych dystansach.". A moim zdaniem w ultramaratonach startują Ci którzy lubią wyzwania i przygody. Tak jak pisałem wcześniej - Pan Marian demonem prędkości już nie będzie, w takim samym tempie pokonuje maraton i dychę. Automatycznie więc owa dycha nie stanowi dla niego specjalnego wyzwania. Co innego setka! Przygotowania do ultra są lżejsze niż do biegu na 10 kilometrów? W życiu, za przeproszeniem, większej bzdury nie słyszałem. Żeby przygotować organizm do takiego biegu naprawdę trzeba poświęcić wiele czasu i wylać litry potu.
   Z jednym jednak się zgadzam - "ultra podbudowuje ego". Pewnie, że tak - ale czy to nie o to właśnie chodzi nam w bieganiu? Czy nie zależy nam na tym, aby poczuć się lepiej? Czy jeżeli będę nieustannie próbował bić życiówki na krótszych dystansach, co jak wiadomo z czasem stanie się niemożliwe, zamiast tej radości będę po zawodach kipiał frustracją? Co mi innego może dać 35 minut na dychę niż podbudowanego ego? Nic. Dlatego z cały szacunkiem, ale nie uważam się za cieniasa próbując swoich sił w biegach ultradystansowych.

PS: W felietonie padło też takie zdanie jak - "dłużej nie znaczy lepiej". Wydaje mi się, że spora część społeczeństwa (również ta niebiegowa) może się z tym nie zgodzić :)

10 komentarzy:

  1. Chyba nie zrozumiałeś przesłania tego tekstu. Ja nie brałem tego dosłownie, a sam artykuł baaardzo przypadł mi do gustu. Mam znajomych, którzy zaczynają biegać i już chcą się ścigać (ze mną i z innymi) kto pierwszy przebiegnie maraton. Ja odstawiłem tą decyzję na kolejny rok, bo chciałbym w debiucie zrobić chociaż 3:30. Większość osób jednak chce osiągnąć metę, osiągając czas 5h i reszte życia spędzając w fotelu z powodu problemów z kolanami.
    Pozdr.
    Marcin z IronFactory.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pomijając fakt, że całkowicie inaczej odbieramy ten artykuł to nawet patrząc na niego z Twojej perspektywy czy ktoś chce mówić drugiej osobie co ma robić, czy może się chwalić i z czego może być dumna? Ostatni mój niebiegający kolega wpadł na pomysł zrobienia Korony Maratonów Polskich. Jak powiedział tak zrobił - dumny jest z tego jak cholera. I czemu miałbym mu ową radość odbierać? Bo nie złamał jakieś tam granicy czasowej?
      Bardzo rozsądne masz podejście odnośnie tego maratonu, ale musisz zdawać sobie sprawę, że są również inne. Nie można mówić "to co ja robię to jedyna słuszna droga - rób tak samo albo będziesz robić źle".
      Kontuzje i brak przygotowania? Startowałem w czerwcu w ultra i na starcie już założyłem że będę walczył o zmieszczenie się w limicie. Czy byłem nieprzygotowany? Czy wstałem z kanapy i zamarzyłem o ultra? Nie, trenowałem, sporo trenowałem. Ale chciałem mieć satysfakcję z pokonania danego dystansu i własnych słabości.

      Pozdrawiam :)

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    3. Widzisz. Problem jest taki, że mój niebiegający kolega również wpadł kilka lat temu na pomysł przebiegnięcia maratonu. Do mety dotarł w opłakanym stanie ale to nie było problemem. Problem ukazał się parę dni później gdy musiał zrezygnować z gry w piłki, a wolny czas przeznaczyć na zabiegi rehabilitacyjne.
      Artykuł mówi o tym, że wśród laików osoba biegnąca połowkę w 2h jest dla większości większym bohaterem niż ktoś kto biegnie 5k w 18 minut. My wiemy do którego z tych dwóch osiągnięć potrzebne jest więcej pracy.

      Usuń
    4. "Nie można mówić "to co ja robię to jedyna słuszna droga - rób tak samo albo będziesz robić źle"."
      Oczywiście! :)))

      Usuń
  2. Przeczytałam artykuł i myślę podobnie jak Michał. Gdy bieganie jest dodatkiem do życia to nawet zrobienie 10 km w 50 minut lub mniej jest dużym osiągnięciem i wymaga ogromnego wysiłku i dobrego treningu. Nie ma co komu odbierać radości z osiągnięć i oceniać go z własnej perspektywy. Wszyscy jesteśmy różni, więc może skupimy się na motywacji i pokazywaniu dobrej postawy treningowej dla początkujących biegaczy, czy biegaczy tego potrzebujących niż podcinać skrzydła takimi uogólniającymi artykułami.

    OdpowiedzUsuń
  3. Czytujecie "Bieganie" (w wersji papierowej, czy elektronicznej)? Ja owszem i bardzo wysoko cenię to wydawnictwo, znacznie wyżej niż RW. Ten felieton wpisuje się w pewien nurt, który obrało sobie to czasopismo. Jakiś czas temu czytałem artykuł o tym, żeby wyjść poza komfortowe, spokojne tempo maratońskie i przyśpieszyć, na 5K, na 10K, żeby dać się gnębić ciężkim i szybkim treningiem.
    Zgadzam się z tym, zwłaszcza w kontekście młodych ludzi, takich jak my, którzy jeszcze są w stanie poprawiać te życiówki. Poza tym, felieton to szczególna forma, w której autor może i powinien uderzyć w czytelnika stanowczością swoich poglądów.
    Niemniej, chciałbym się postawić gdzieś pośrodku tej dyskusji, ponieważ podpisuję się obiema rękoma pod tym co napisałeś, że nie dla każdego liczą się wyniki i miejsca. Zresztą autorka też chyba zauważyła, że nieco przesadziła w tonie swojej wypowiedzi, ponieważ teraz pod artykułem jest EDIT i kilka słów usprawiedliwienia.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Co to znaczy, że nie dla każdego liczą się wyniki? To po co biegać w zawodach? Nie lepiej samemu po lesie? Tam nie ma limitów, chipów, bramek, rankingów... Kiedy słyszę "jestem maratończykiem, mój czas 5:30", to nie wyrażam podziwu. Wiem, że się człowieku nie przygotowałeś. To jak byś wziął wynagrodzenie za niewykonaną pracę. Mówię to jako blisko sześćdziesięcioletni biegacz po dwóch latach trenowania dla przyjemności, a czas powyżej 4 godzin w maratonie uznałbym za wypadek. A w krytykowanym tekście koleżanki widzę przewrotną tezę, trochę racji i trochę żartu.

    OdpowiedzUsuń