Na skróty

2 sierpnia 2015

Nowe buty, nowe moce i kolejne rachunki do wyrównania

   Często mówimy, że kobiety niezależnie od tego ile mają torebek i butów - zawsze chcą kolejnych. I z nami, biegaczami, jest bardzo podobnie. Może niezbyt pociągają nas torebki, za to buty... Niezależnie ile par butów byśmy nie mieli - zawsze chcielibyśmy kolejną parę. Jestem tego najlepszym przykładem :) Mimo, że mam butów do biegania naprawdę sporo (tylko tych, których aktualnie używam jest około 7 par) to ciągle z ciekawością przeglądam najnowsze kolekcje.

   W ostatnim czasie były to głównie kolekcje z butami do biegania w terenie. O ile na asfalt mam buty, których nie zamieniłbym na żadne inne. O tyle, po reklamacji Salomonów Speedcrossów, zostałem bez butów do latania po lasach. Nie jest wielkim problemem śmiganie w asfaltówkach po lesie. Jednak marzyły mi się buty dedykowane specjalnie na biegi w terenie.
   Na paczkę z Salomonami S-Lab Sense 4 Ultra czekałem już od kilku dni. W czwartek dostałem od żony smsa - przyszły! Przeczytałem o tych butach mnóstwo informacji zamieszczonych w internecie. Obejrzałem kupę filmików, na których było widać najlepszych biegacz śmigających właśnie w tym obuwiu. Wiem, że buty same nie biegają, ale po tym wszystkim zapragnąłem wciągnąć je na nogi i zrobić to co robili Ci goście, na tych filmikach - iść biegać z dala od miasta, chodników i asfaltu.
   W sobotę tylko jeden rodzaj treningu wchodził w grę - teren! Około 9 wrzuciłem do auta nowe buty, wskoczyłem w strój biegowy i poleciałem w okolice wieży widokowej - Pachołek.
    Zaplanowałem, że pokonam trasę TUT, a dokładnie ten odcinek z którego pokonanie, ostatnim razem, uniemożliwiły nam dziki. Chciałem polecieć Spacerową w górę, wbiec na żółty szlak, dolecieć do Matarni,  i dalej czarnym szlakiem wrócić na Drogę Marnych Mostów. Końcówka to powrót niebieskim szlakiem pod Pachołek po samochód. Założenia były następujące - nie kontroluję tempa biegu, mam ochotę to się zatrzymuję - cykam zdjęcia, łapię oddech. No i ostatnie - podbiegi i zbiegi pokonuję biegiem, ewentualnie marszem z włączonym stoperem (przeważnie to mnie skutecznie zniechęca do przechodzenia w marsz :) ).
   Po wyjściu z samochodu wszedłem na Pachołek, zrobiłem kilka zdjęć i wystartowałem! Na wszelki wypadek, będąc na Pachołku, pobrałem na telefon mapę TUTa. No i jak się okazało - była to dobra decyzja. Zgubiłem drogę już na... pierwszym kilometrze :) Zamiast odbić w lewo i przeciąć Spacerową dobiegłem nieco dalej do czarnego szlaku i dopiero tam zbiegłem do asfaltu. Ale właśnie - szlak szlakiem, a nie wspomniałem o wrażeniach, których doświadczyłem wraz z pierwszymi krokami. Co ja będę się tu rozpisywał - było zajebiście! Swoje na pewno zrobiło moje nastawienie, ale co z tego. Biegło mi się świetnie. I szybko! Pamiętam, że Gremlin wskazał parokrotnie, że ostatni kilometr pokonałem w około 4:30. Było mocno, a ja nie miałem większej ochoty zwalniać. Wiedziałem, że na stromych podbiegach i zbiegach, szczególnie na tych pierwszych, przyjdzie mi za to zapłacić. Jednak i tak napierałem. Na kartonie, przy opisie koloru, jest napisane "RACING RED / White / RACING RED". Już jak to czytałem to mi się tak wydawało, a po pierwszych kilometrach byłem tego już pewien - słowo RACING nie jest tam wpisane przypadkowo :) Te buty są stworzone, aby napierać!
   Nawet nie wiem kiedy dotarłem na Osowę. Nieco na około, kawałek dłużej niż zakładała trasa, ale w końcu dobiegłem do żółtego szlaku. Nie tak dawno latałem nim z Matarni na Osowę i miałem wtedy wrażenie, że biegnąć w drugą stronę byłoby o niebo łatwiej. No to dziś się przekonam - pomyślałem i ruszyłem pełen optymizmu przed siebie.
   Widząc górki, pagórki, wąwozy pod nosem pojawiał się uśmieszek. Byłem tak naładowany pozytywną energią, że je po prostu połykałem.
   Wiedziałem jednak, że będę musiał stawić czoła kilku większym podbiegom. Kojarzyłem dwa. Zanim jednak do owych dwóch doleciałem... musiałem pokonać dwa inne - tych nie kojarzyłem :)
   Mimo to i tak było ekstra! Widziałem stromy podbieg, spinałem się, napierałem pod górę, a następnie łapałem oddech, cykałem kilka fotek i leciałem dalej. No chyba, że stwierdzałem, że nie mam ochoty się zatrzymywać.
   Miałem też kilka okazji do ścigania się z sarnami, raz drogę zabiegł mi jeleń, a raz spłoszyłem sporych rozmiarów dzika. Tego dnia nawet dzika zwierzyna zamiast budzić lęk jeszcze bardziej napędzała i wywoływała uśmiech!
   Miło było dotrzeć do punktu, gdzie podczas zawodów siedziałem jako wolontariusz. Wtedy patrzyłem na oddalających się zawodników i zastanawiałem gdzie oni lecą i jak się kształtuje teren na najbliższych kilometrach. Dzisiaj mogłem to sprawdzić.
   Oj nie mieli łatwo. Kilka górek naprawdę chyba znajdowało się tam jedynie po to, aby uprzykrzać życie :)
   Nim się obejrzałem wylądowałem na Matarni. No i tutaj popełniłem głupi, bardzo głupi błąd. Byłem tak pewny siebie, że... pogubiłem trasy.Zupełnie zapomniałem, że czarny szlak odbija nieco szybciej w lewo niż przy osiedlu. Musiałem sprawdzić mapę i... improwizować. Nie miałem zamiaru wracać. Byłem już nieco zmęczony.Ponadto zaczynał gonić mnie czas. Podjąłem decyzję, że lecę ścieżką, na której byłem do niebieskiego szlaku, potem niebieskim dolecę do czarnego.
   Jeszcze parokrotnie sięgałem po mapę, żeby tym razem niczego nie schrzanić, jednak okazało się, że śledząc oznaczenia na drzewach (zamiast ślepo wierzyć swojej pamięci) ciężko się zgubić.
   Jak tylko wróciłem na czarny szlak zostałem powitany, a jakżeby inaczej - górkami. Dodatkowo było mokro, miejscami zapadałem się w błoto po kostki. Buty przeszły prawdziwą próbę już na pierwszym treningu. Miałem pewne obawy co do tego czy na pewno będą się dobrze trzymać. Speedcrossy miały o wiele bardziej agresywny bieżnik w porównaniu do Sense'ów. Na szczęście obawy okazały się niepotrzebne - ani razu nie obsunęła mi się noga. Mam nadzieję, że na kolejnych biegach ta passa będzie podtrzymana :)
   Za Rybakówką trafiłem na najtrudniejszy podbieg tego dnia. Tak mi się przynajmniej wydaje przez tego, że pierwszy i jedyny raz przeszedłem do marszu. Już w połowie drogi HR przekroczyło 180 bpm. Pamiętałem co działo się w Przodkowie, gdy nieco za bardzo podkręciłem tętno. W dodatku w lesie byłem sam. Uznałem, że nic się nie stanie jak odrobinę zwolnię.
   Jednak były to już ostatnie kilometry, zegarek mówił dobitnie, że jest szansa na ukończenie biegu ze średnią prędkością poniżej 5 minut. Za cholerę nie wiem jakim cudem, ale ponoć liczby nie kłamią. I choć przez 90% tempo nie miało znaczenia to teraz już go nabrało. Podkręciłem. Wiedziałem, że końcówka będzie płaska i równa. To już był dobieg do lasu. Początkowo utwardzona droga, a później nawet kawałek asfaltu. Na ostatnich 3 kaemach miałem do urwania około minuty. Napierałem.
   Kiedy w końcu doleciałem do parkingu, wcisnąłem STOP, Gremlin wskazał mi dystans 23,72km i czas 1:58:07. Jednak to na co najbardziej wyczekiwałem to średnie tempo - 4:59/km! Udało się! Te buty są niesamowite :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz