Na skróty

15 czerwca 2015

Zwycięstwo rodzi się w bólu - relacja z IV Ostródzkiego Półmaratonu św. Jerzego

   Każde zawody w tym sezonie traktuję jako wielkie wydarzenie. Wynika to z faktu, iż weekendami pracuję i naprawdę rzadko udaje mi się gdzieś wystartować. Wyjazd do Ostródy na IV Półmaraton św. Jerzego to też oczywiście nie lada gratka  
   Pobudka o 4:10, pociąg o 5:30, w Ostródzie melduję się chwilę przed godziną 8. O tej porze biuro zawodów świeci pustkami, więc w ciągu kilkunastu sekund odbieram pakiet i idę posiedzieć przy jeziorze. Prognoza tego dnia się nie sprawdza, zamiast zapowiadanych upałów jest wietrznie i pochmurno. 

   Od samego wyjścia z pociągu zamartwiam się kolanem, ostatnio nie daje mi ono spokoju, a zbyt długa podróż jeszcze nasila ból. Słucham się rad brata, rozgrzewam nogi, wykonuje ćwiczenia i mimo, że na chwile ustaje to dyskomfor ciągle jest. Przez chwilę zastanawiam się czy w ogóle powinnam biec, ale uznaję, że skoro już tutaj przyjechałam to wystartuję. Słowo „wystartuję” jest kluczowe, bo postanawiam, że pobiegnę bez presji, bez napinania, a jeśli będzie trzeba to zejdę z trasy. 
   No i w końcu kiedy wybiła godzina 10, armata wystrzeliła, ja włączam Garmina i „Hej, ho przygodo!”. Wybiegamy z amfiteatru i wita nas deszcz, na tyle obfity, że po 1 km już nic nie widzę przez moje okulary i muszę je założyć na czubek głowy, ale lecę dalej, początkowo jest gęsto, jednak dosyć szybko się przerzedza na tyle, bym mogła biec swobodnie. Trasa w tym roku uległa zmianie i zamiast 3 pętli mamy do pokonania 2. 
   Początkowo tempo nawet mnie cieszy, bez szarpania, poniżej 5 min/km, jest ok, na trzecim kilometrze odczuwam coraz silniejszy ból w kolanie, raptownie ścina mnie z nóg, takie szarpnięcie jak odruch bezwarunkowy, w momencie, gdy uderzymy w zgięte kolano. Trochę mnie to niepokoi, myślę, że to chyba ten moment, kiedy powinnam odpuścić. Jednak adrenalina jest na tak wysokim poziomie, że pozwalam sobie kontynuować bieg. 
   Tuż przede mną widzę Pana Gienka z Finisza Morąg, postanawiam, że będę się gdzieś niedaleko trzymać. W międzyczasie dobiega do mnie bardzo sympatyczne małżeństwo, które poznałam w Grudziądzu, wymieniamy parę słów, przez pewnien czas biegniemy blisko siebie. 
   W okolicach 5 km czuję raptowny przypływ mocy i pozytywnej energii, można by zapytać skąd? Ale tego naprawdę sama nie wiem, jednak jest to tak silne uczucie, że już wtedy postanowiam, że pokonam te 16 km choćby nie wiem co! Nogi same zaczynająy kręcić, uśmiecham się, a chwilami nawet wzruszam. Mijają mi tak w euforii kolejne kilometry, końcówka pierwszej pętli to apogeum mojego szczęścia. Dziewczyny z Finisza tak głośno kibicują, że ich okrzyki pchają do przodu, ból odchodzi w niepamięć. 
   Jednak to co dobre niestety kiedyś się kończy. W momencie, kiedy znów wracam na początek pętli czuję jakby cała energia ze mnie uszła, została już tam w okolicach mety. Jednak skoro postanowiłam, że ukończę ten bieg to tak musi się stać. Mijam juz bez uśmiechu kolejne kilometry i tylko czekam, aż znowu wrócę w okolice jeziora. Gdzieś na 16. km doganiam pana Gienka, który mówi mi, aby trzymała tempo i leciała dalej. Tak też próbuję robić, na każdym punkcie biorę wodę, delikatnie moczę usta, a całą resztę wylewam na kolano, w butach mam już niezłe jeziorko. 
   Kiedy pokonuję największy podbieg tego dnia na przeciw mnie wybiegają dzieci, rewelacyjne dzieci, które obiegają mnie z dwóch stron, wystawiają ręce, przybijają piątki i krzyczą, że trzymają kciuki, abym była pierwsza! Super doping! Znowu zaczyna mnie nieść, jest z górki, więc to nieco ułatwia sprawę, chociaż przy zbieganiu ból w kolanie się nasila. Do mety już tylko 3 km, muszę to pokonać, po prostu muszę. Postanawiam, że na 2 ostatnich kilometrach zacznę podkręcać tempo. 
   Jednak na postanowieniach się kończy.... w tym momencie już czuję niemoc, dogania mnie pan Gienek, mieliśmy już trzymać się razem do mety, ale nie mogę, po prostu nie daję rady, zostaję z tyłu i samotnie wbiegam na amfiteatr, gdzie następuje koniec biegu. Zatrzymuję się, łapię oddech, a gdy próbuję iść dalej czuję wielkie BUM! Nie ma mowy, sama dalej nie pójdę na szczęście ktoś z obsługi zauważa chyba moją bezradność w oczach, bierze mnie pod rękę i doprowadza do miejsca, gdzie mogę swobodnie się oprzeć i odpocząć. Chwilę trwa zanim dochodzę do siebie, w końcu ruszam, ciągnąc nogę za sobą, docieram do dziewczyn i razem kibicujemy tym Finiszowcom, którzy są jeszcze na trasie. Po chwili wszyscy docierają i jest wielka radość, a moment kulminacyjny osiąga wtedy, gdy się okazuje, że podium w K20 i M20 jest nasze, a dokładniej 1 i 2 miejsca w obu kategoriach!

autor: Monika Sawicz

4 komentarze:

  1. Wielkie gratulacje dla Was :) Serdecznie pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. cześć michał. ja nie na temat.
    co się stało, że przytyłeś na twarzy? w poprzednich sezonach biegowych miałeś ją mocno wycieniowaną. genetyka czy rewolucje w diecie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raczej to drugie :) Źle się z tym czułem. Zaczynałem popadać w paranoje, a nie o to mi w tym wszystkim chodzi :)

      Usuń