Na skróty

7 lipca 2014

Patelnia za 3 minuty - XVI Bieg o Kryształową Perłę Jeziora Narie

   Równo rok temu, relację z biegu wokół Jeziora Narie zakończyłem słowami: "Niemniej, nawet gdyby pobierane było wpisowe i tak warto wziąć udział w tym biegu. Nie dla czasów, nie dla miejsc, medali czy pucharów, ale po to aby przeżyć świetną przygodę, stać się częścią tego biegowego święta. Mam nadzieję - do zobaczenia za rok!". I faktycznie wróciłem do Kretowin. A wpisowe, które w tym roku wprowadzono, było chyba najlepiej wydanymi dwoma dychami. 

   O ile przed 12 miesiącami wybraliśmy się z Patrycją pod Morąg jedynie we dwoje. O tyle w tym roku mieliśmy już pokaźną reprezentację. Na tyle pokaźną, że trzeba było jechać na dwa samochody. Zbiórkę zarządziliśmy na godzinę 6 rano i punktualnie ruszyliśmy z Gdańska krajową siódemką na południe. 
   Droga minęła naprawdę sprawnie. W Morągu zaskoczyliśmy jeszcze na dworzec, gdzie czekała na nas Monika. Chwilę później byliśmy już na plaży w Kretowinach. 
   Oczywiście biuro zawodów dopiero się rozstawiało. Jednak dzięki temu, że byliśmy tak wcześnie dostaliśmy wyjątkowe numery startowe - Zibi chwycił "1", ja "2", Mała "3", Justyna "5", Piotrek "6", a Asia "11". Na większości biegów pierwsze numery dostaje elita albo specjalni goście. Patrząc na nasze czasy to do Kipsanga nam jeszcze "trochę" brakuje. Tak więc bliżej nam było do specjalnych gości :) Mimo to, że wcale nimi nie byliśmy to od razu nasze morale poszło w górę. A przecież dobry nastrój przed biegiem to podstawa!
   Później udaliśmy się na małą wycieczkę fakultatywną i około 9:15 rozpoczęliśmy strojenie w biego-ciuchy. Prawdę mówiąc pogoda nie zachęcała do zakładania na siebie czegokolwiek poza okularami słonecznymi. Już około 5 rano termometry wskazywały około 20 kresek powyżej zera. Jak ciepło było o 10? Woleliśmy nawet nie sprawdzać. 
   Tuż przed startem pogadaliśmy trochę z innymi biegaczami, wśród których było naprawdę sporo znajomych twarzy. Ponadto była okazja poznać osobiście wirtualnych znajomych! Wszystkim rzecz jasna humory dopisywały. Jeszcze pamiątkowa fotka z Panem Stachem, buziak na szczęście od żony i można zajmować miejsce na starcie. Na wspólny bieg nie było szans. Piotrek biegł z Asią, Monika planowała tempo nieco wolniejsze niż 5 minut na kilometr, Justa biegła po perłę, Zibi z Bartkiem lecieli tzw "marathon pace", a ja widziałem siebie gdzieś pośrodku. Przyznam szczerze, że jeszcze kilka dni temu marzyło mi się utrzymanie tempa 4:45-4:50. Jednak będąc na starcie wiedziałem, że nie mam nawet co marzyć o takich prędkościach. Założyłem więc że złamanie 300 sekund na kilometr będzie w sam raz. Tym bardziej, że podobne plany miał mój kolega z Olsztyna - Piotr. 
   Na starcie ustawiłem się dokładnie na końcu, skąd zamierzałem się systematycznie przesuwać do przodu. Nie zamierzając walczyć o konkretną pozycję nie muszę się zajmować miejsca do przodu. A im bliżej końca tym więcej śmiechu i zabawy.
   Jednak zabawa zabawą, ale trzeba biec! Pierwszy kilometr - klasyka - za szybko. To chyba widok żony sprawił, że się puściłem przed siebie. Szybko jednak dogoniłem Piotra i zamierzałem się trzymać razem z nim tempa około 5:00/km.
   Muszę szczerze powiedzieć, że pierwsze trudy zacząłem odczuwać już na... 2. kilometrze. Gorąco jak cholera, do tego pofałdowana trasa i tak jakoś zaczęły znikać chęci na świetną zabawę. Walka ze sobą od samego początku? Oj to nie wróżyło dobrze. 
   Ale jak to kryzys - pojawił się szybko i równie szybko zniknął. Chłopaki z Morąga zadbali żebyśmy mieli co robić w trakcie biegu i namalowali na asfalcie mnóstwo kapitalnych napisów zagrzewających do walki. 
   Pierwszy punkt odżywczy znajdował się na 7. kilometrze. Kubek wody na kark, łyk z drugiego kubka, reszta na twarz i przed siebie. Zimna woda w taki upalny dzień faktycznie daje kopa. Ale na pewno nie takiego wielkiego jak napis, który znajdował się na 8. kilometrze. Kiedy przeczytałem "Biegaczu z Północy GO GO GO" myślałem, że ktoś wstrzyknął mi dodatkową energię. Nie dziwi więc fakt, że dwa kolejne kilometry poleciałem poniżej 5 minut na kilometr. Później było jednak już tylko gorzej.
   Po około 10 kilometrach biegłem już sam. Piotrek musiał zrobić "pit stop", a nowo poznany kolega Łukasz był dla mnie za szybki. Przed rokiem pisałem, że tak mnie nastraszono Zemstą Teściowej, że nawet nie wiedziałem kiedy ją minąłem. Tym razem zaś szybko wypatrzyłem napisy, że "teraz zaczyna się zabawa", "przed Tobą Teściowa" itd. Jednak po biegu okazało się, że ten cholernie długi, opisany podbieg to wcale nie jest słynna "Zemsta Teściowej". Dopiero następny, bardziej stromy, ale krótszy, ten na którym zlokalizowany był punkt odżywczy to była prawdziwa "Zemsta Teściowej". A więc ponownie nie do końca byłem świadomy faktu, że właśnie pokonuję słynny podbieg. Cóż może za rok :)
   Na 17. kilometrze zobaczyłem napis "Patelnia za 3 minuty" i obok wielkie słoneczko... Pomyślałem sobie, że po tym co dzieje się na asfalcie już nie może być ciężej. Kilkaset metrów dalej, zbiegając z asfaltu na drogę gruntową przeczytałem "SAHARA". Wystarczył kilometr i już wiedziałem - może być gorzej.
   Zaraz na początku drogi gruntowej spotkałem Bartka, kolegę który biegł z Zibim. Okazało się, że i jemu pogoda mocno dała się we znaki. 
   W trakcie biegu lubię sobie nie tylko przeliczać tempa (czasami wyliczam sobie w jakim czasie muszę pokonywać każde 200, 100 czy nawet 25 metrów, aby uzyskać zakładany czas) ale także dzielić trasę na odcinki. Tutaj zakładałem, że dobiegnę do północnego krańca jeziora, potem chwila po piasku i końcóweczka asfaltem. Teraz kiedy już dobiegłem do tego piasku wcale nie zapowiadało się, żebym opuścił go "po chwili".
   O ile jeszcze pierwsze kilometry po opuszczeniu asfaltu były ok, o tyle po 20. tysiączku zaczął się mój koszmar. Dawałem z siebie ile tylko mogłem, a mimo to Gremlin uparcie twierdził, że ciągle zwalniam. Wg jego wskazań 22. kilometr zajął mi 5 minut i 30 sekund. Coraz więcej ludzi przechodziło do marszobiegu. Prawdę mówiąc byłem już tak zrezygnowany, że też miałem ochotę przestać bieg i przejść się, chociaż kawałek. Wtedy jednak przypomniałem sobie to o czym niedawno pisałem, że odpuszczanie wchodzi w krew. Jeżeli teraz nie znajdę w sobie na tyle siły, żeby kontynuować bieg to później będę schodził z trasy z byle powodu. I wiecie co? Pomogło. Cały czas biegłem. Być może w porównaniu do zakładanego tempa był to świński galop, ale co tam. Lepsze to niż nic. 
   Na trasę zabrałem ze sobą dwa żele Agisko i oba już wciągnąłem. Trochę żałowałem, że nie miałem ze sobą jeszcze jednego, na samą końcówkę. 
   Powiem szczerze, że kojarzyłem, że ludzie na trasie byli przed rokiem bardzo sympatyczni i pomocni. Ale zapomniałem jak bardzo! Przed domami powystawiali garnki, miski, dzbanki - wszystko z wodą. Niektórzy mieli nawet wodę zimną i letnią - co kto wolał. Nie brakowało też szlauchów. A to wszystko przy akompaniamencie gromkich braw. No coś pięknego! Aż serce rosło!
   W tym momencie było już po kryzysie! Kiedy na 28. kilometrze strażacy zrobili mi zimny prysznic wiedziałem, że nic mnie nie zatrzyma. Mogłem lecieć przed siebie. Od 5:12/km na 29. kilometrze systematycznie zszedłem do 4:38/km na ostatnim. To już była czysta przyjemność. Nie miało już znaczenia zmęczenie. Końcówka nad samą wodą, pomiędzy klaskającymi ludźmi, a potem meta. Był buziak i gratulacji od Pati, był arbuz, była perła. Było cudownie, szczególnie kiedy wbiegłem (bez tracenia czasu na zdejmowanie stroju) do jeziora. O tak - tego mi było trzeba!
   Metę osiągnąłem po 2 godzinach 42 minutach i 38 sekundach od startu. Czas o 27 minut gorszy niż przed rokiem - ale czy to ma jakieś znaczenie? Śmiem wątpić. Najważniejsze jest to, że znowu przyjechałem z Patrycją do Kretowin, znowu świetnie się bawiliśmy, a biorąc pod uwagę, że w tym roku mieliśmy o wiele większą ekipę to uważam, że było o jeszcze lepiej niż przed rokiem. A fakt, że dłużej biegłem? No cóż - tak dobrze się bawiłem w czasie biegu, że nie chciałem zbyt szybko kończyć tej zabawy :)
   Tuż po mnie na mecie zameldował się Zibi, a dalej Piotrek z Asią, Monika i Justyna. Wszyscy cholernie wykończeni, ale też bardzo zadowoleni.
   Po biegu trochę się ogarnęliśmy, obejrzeliśmy dekorację, zjedliśmy obiad i... ruszyliśmy na After Perłę, czyli imprezę zorganizowaną przez FINISZ MORĄG. W tym miejscu chciałbym raz jeszcze podziękować za zaproszenie i za świetną zabawę - jesteście niesamowici! Było rewelacyjnie, o czym niech świadczy fakt, że do Gdańska udało nam się wrócić dopiero w niedzielę :)
   No i na koniec muszę to napisać - mam nadzieję, że w przyszłym roku znowu będę mógł obiec Jezioro Narie! Ten bieg pokazuje to co w bieganiu jest najlepsze. To nie jest wyścig - to jest biegowa przygoda. W trakcie są wzloty i upadki. Jednak wbiegając na metę czuje się tylko i wyłącznie ogromną radość!


2 komentarze:

  1. "świński galop " świetne określenie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń