Na skróty

27 maja 2013

Odzyskać radość z biegania - Biegowe GP Dzielnic Gdańska: Wrzeszcz Dolny

   Niedzielny poranek był naprawdę koszmarny. Nie wyspałem się, do tego wstałem z kacem. I nie był on wcale spowodowany dużo ilością alkoholu spożytego dnia poprzedniego. Bo choć alkohol w sobotę się pojawił to jego ilość na pewno nie była wstanie wywołać jakichkolwiek objawów dnia kolejnego.
   To z czym przyszło mi się mierzyć to był bardziej kac moralny. Nie od dzisiaj staram się promować zdrowy tryb życia, zdrową kuchnią. A tymczasem w sobotni wieczór jakbym o tym wszystkim zapomniał.
   Ponadto w głowie wciąż miałem zawody w Luzinie i te rozczarowanie.
   A na niedzielę miałem zaplanowany kolejny start. Tym razem miał to być bieg na 5 kilometrów rozgrywany w ramach Biegowego GP Dzielnic Gdańska. Tym razem jednak miałem mocne postanowienie, że ten start ma być okazją do zabawy. O rekordy nie walczę już od jakiegoś czasu. Jednak tym razem postanowiłem również zrezygnować z walki o miejsca, o wynik. Inaczej mówiąc - z jakiejkolwiek walki.
   Zdecydowałem też, że do Gdańska na bieg udam się... na własnych nogach. Tak jak na początku roku biegałem na ParkRun. Stając na starcie nie musiałem być świeży, wypoczęty, zwarty i gotowy aby dać z siebie wszystko. I powiem szczerze - nie byłem :)
   Z łóżka podniosłem się przed 6. Po zaledwie 5 godzinach snu. A i ten był przerywany, ale jakby mogło być inaczej skoro przyszła szwagierka kończyła 18 lat:) Czułem się fatalnie. Jednak mimo to wciągnąłem na nogi biegowe buty i wyszedłem na dwór. Była godzina 8:15.
   Pierwsze kilometry to była walka z samym sobą. O to, żeby nie zrezygnować, żeby się nie poddać. Czułem jak wszystko w brzuchu mi się przewala. Chyba pierwszy raz pomyślałem, że owsianka z rana to nie był najlepszy pomysł. Mimo, że przed biegiem dwukrotnie odwiedziłem toaletę, przy Auchan musiałem zrobić kolejny wymuszony postój.
   Zastanawiałem się czy w ogóle dam radę dobiec na miejsce przed zamknięciem biura zawodów. Aby tak się stało musiałem pokonać 23 kilometry w 2,5 godziny. Oczywiście minus to co potrzebowałem na krótsze bądź dłuższe postoje. Okazało się, że moje obawy były bezzasadne. Uzyskałem średnie tempo 4:52/km.
   Na miejscu szybko odebrałem numer startowy i w momencie kiedy miałem już udać się potruchtać (start przewidziany był na godzinę 12) zadzwoniła Pati. Okazało się, że zrobiła mi niespodziankę i zamiast odsypiać nieprzespaną noc przyjechała wspierać mnie na zawodach. Oczywiście nie zapomniała również o aparacie - mogłem więc liczyć na kolejną, świetną fotorelację.
   Wybraliśmy się więc razem do Lidla na jakieś małe śniadanie. I tutaj po raz kolejny okazało się, że mój żołądek nie doszedł jeszcze do siebie po wczorajszej wariacji. Trzy małe banany miały mi dawać o sobie znać przez cały bieg.
   Chwilę przed 12 rozpocząłem coś na wzór rozgrzewki. Dlaczego piszę "coś na wzór rozgrzewki"? A no bo kolana i ogólnie nogi były w fatalnym stanie. Sobotnia piętnastka mocno dała mi w kość. Ale co tam. Dzisiaj nastawienie było zupełnie inne, pozytywne, humor dopisywał więc nawet jakiekolwiek bóle nie były w stanie tego zepsuć.
   Na starcie ustawiłem się blisko... nie, nie pierwszej linii - blisko końca. Ruszyliśmy punktualnie w samo południe :) Od samego początku na mojej twarzy gościł uśmiech. Bieg sprawiał mi ogromną radość. Biegłem, mijałem biegaczy, inni biegacze mijali mnie. Nie interesowało mnie, który jestem. 
   Starałem się jednak utrzymywać tempo. Ale nie XX:XX/km tylko takie tempo które nie będzie zbyt forsowne, które pozwoli mi porobić głupie miny do obiektywu. W związku z tym, że biegaliśmy 5 pętli Pati i Canon mili okazję się wyszaleć do woli.
   Przed samą metą dogoniłem starszego Pana, którego kojarzę z innych zawodów. Uznałem, że miło będzie razem wpaść na metę. Taki pozytywny akcent na zakończenie świetnych zawodów. Było ekstra! Jako podsumowanie powiem, że z czasem "dobrym" uzyskałem miejsce"dobre" :) Bo tak naprawdę tego dnia każde miejsce byłoby dobre :) I nie wiem czy uwierzycie, ale dostałem nagrodę! Do domu wróciłem z pamiątkową koszulką, którą udało mi się wygrać w losowaniu.
   Mogę szczerze powiedzieć - odzyskałem radość z biegania. Tę radość, której mi nieco brakowało w ostatnich tygodniach. Nieco biegowo się pogubiłem Trochę zatarło mi się to co jest naprawdę ważne sporcie. Wszystkim powtarzałem, że należy cieszyć się przede wszystkim samym biegiem, a sam o tym zapomniałem. Jednak teraz wszystko już jest ok :) 
   A jak zaczyna się układać to wszystko na raz - dzisiaj przyszły moje nowe biegowe buty, które dostałem do testów. Tym razem są to MR890RB. Tak więc niedługo rozpocznę kolejną przygodę z firmą New Balance. W poprzednich NB zrobiłem 1999 kilometrów. Oby i te okazały się równie wytrzymałe :)




1 komentarz:

  1. Częściej z taką radochą na twarzy powinieneś biegać ;)

    OdpowiedzUsuń