Na skróty

29 kwietnia 2013

Jest rekord - 3h połamane! Relacja z XII Cracovia Maraton

Była moc - jest wynik! Strach pomyśleć co by było
w bezwietrzny dzień :)
    Teraz, kiedy emocje już nieco opadły, pora aby w końcu podsumować szaloną, pełną emocji niedzielę. 
   Wszystko zaczęło się dość normalnie - pobudka około 5, poranna toaleta i... owsianka! W pierwszej chwili myślałem o tym, żeby jeszcze chwilę się zdrzemnąć, jednak wiedziałem, że emocje nie pozwolą mi zmrużyć oczu. Jak tylko się podniosłem uświadomiłem sobie, że nic mnie specjalnie nie boli - "czyżby miłe złego początki?" - pomyślałem w pierwszej chwili. Jednak czym prędzej odpędziłem od siebie tę myśl. Przecież od 1. października, czyli od momentu kiedy został mi nadany numer startowy, czekałem na ten dzień. Wszystko musiało być jak należy!
Chwila przed startem
   Bardzo ważnym czynnikiem była pogoda. Dlatego chwytając w niedzielny poranek klamkę okna byłem pełen obaw. Po piątkowo - sobotnich upałach, kiedy temperatura przekraczała 30 °C, ciężko było sobie wyobrazić, aby wszystko zmieniło się z dnia na dzień o 180 stopni. Nawet pomimo zapowiedzi meteorologów, że tak się stanie. A jednak! Mieli rację. Gdy otworzyłem okno poczułem przyjemny chłód, a kiedy wystawiłem rękę poczułem krople deszczu. Niesamowite! Wszystko szło naprawdę zbyt gładko!
   Poranek spędziłem leżąc z nogami lekko uniesionymi, z miską owsianki, kawą oraz komputerem. Około godziny 7 obudziłem dziewczyny i poleciałem do sklepu po 2 świeże bułki - jedna dla Małej, druga dla mnie. To już nasza tradycja, że przed biegiem pochłaniamy jasne pieczywo z miodem oraz dżemem. Tym razem dorzuciliśmy do tego jeszcze szklankę napoju izotonicznego oraz banana.
   Po śniadaniu spakowaliśmy rzeczy i chwilę po 8 wyruszyliśmy w stronę startu. Pod stadionem Wisły już kłębiły się tłumy biegaczy. Spotkaliśmy kilku znajomych, wymieniliśmy kilka zdań, Pati pstryknęła kilka(dziesiąt) fotek. 
Pierwsze kilometry
   W tym momencie można było zacząć rozgrzewkę - do startu zostało zaledwie 20 minut. Lekko zacząłem czuć lewe kolano, ponadto dziwnie spięte wydawały się okolice prawego stawu kolanowego - nie wiem czy to mięśnie czy więzadła. Zamiast się zamartwiać wziąłem to jednak za dobry prognostyk. Chwila truchtu, buziak "na szczęście" od Ukochanej i każde z nas zajęło "swoje" miejsce. Pati ustawiła się wzdłuż barierek przed startem, a ja ulokowałem się między czołówką, a balonikami na 3:15. Mimo początkowych informacji, nie było odważnych do poprowadzenia grupy na 3:00. Trudno, skoro do tej pory nie latałem za balonikami, to i teraz musiałem sobie bez nich poradzić.
Bulwar (fot. J. Minda)

   Chwilę przed 9:30 wystartowali wózkarze, a nieco później Maciej Kurzajewski rozpoczął odliczanie. 10...9...8...7...6...5...4...3...2...1... w tym momencie wystrzelona została salwa z karabinów i wystartowaliśmy!
   Pierwsze metry to jedna, wielka przepychanka. Każdy chciał zająć jak najlepsze miejsce. "Celebryci", którzy chcieli się pokazać w pierwszej linii, teraz wracali na swoje miejsce w ogonie, gapowicze próbowali dogonić właściwe strefy. Innymi słowy było ciężko. 
Już to wiem - osiągnę cel!
   Czas na pierwszym kilometrze - 4:16. Nieźle - chcąc złamać 3h musiałem właśnie takim tempem pokonać całą trasę. Koło mnie ustawił się znajomy z Pomorza, który również miał w planach zmierzenie się z granicą 180 minut. Staraliśmy się biec równym tempem. Kolejne tysiączki pokonywaliśmy w 4:10, 4:08, 4:09, 4:10, 4:11. 
   Było nieźle, biegło się przyjemnie, jednak bałem się, że mogę przedobrzyć. W okolicach 5 kilometrach ktoś krzyknął "Biegacz z Północy". W pierwszej chwili nie wiedziałem o co chodzi, przecież nie mam w Krakowie ani rodziny, ani znajomych. Pomyślałem, że może to Pati, ale nie! Dopiero po chwili się zreflektowałem, że może ktoś czyta/czytał mojego bloga.
Meta! (fot. datasport.pl)
   Pierwszą dychę pokonałem w 42 minuty i 22 sekundy. W tym momencie byłem na 150. pozycji. Biegło mi się naprawdę przyjemnie. Jednak kiedy na 13. kilometrze Gremlin pokazał czas 4:17 wiedziałem już dlaczego - leciałem za wolno! Przyspieszyłem do 4:09. Wtedy dogonił mnie znajomy i zapytał czy nie za bardzo podkręciłem tempo. Na moje stwierdzenie, że ostatni tysiączek był zbyt leniwy i teraz chcę delikatnie podgonić, zauważył, że GPS mógł błędnie wskazywać, bo biegliśmy przez krótki tunel. Uznałem, że to ma sens. Ponownie włączyłem tryb "eco".
   Po pokonaniu 15 kilometrów znowu przesunąłem się w dół stawki. Byłem 157. z czasem 1:03:47. Dosyć! Czułem moc w nogach, czemu więc miałbym z niej nie skorzystać. Wiem, że do mety było jeszcze 27 kilometrów i na szaleńczy bieg nie mogłem sobie pozwolić, ale na zwiększenie tempa jak najbardziej!
   Odcinek 16. poleciałem 4 sekundy szybciej od poprzedniego, a kolejny o następne 5 sekund mocniej. I w tym momencie powrócił koszmar z debiutu - prawa noga, okolice kolana, lekko z tyłu, trochę z boku. Ciężko dokładnie to zlokalizować. Znowu ten sam kilometr i znowu to samo wrażenie, że noga jest tak napięta, że za chwilę stracę w niej czucie. Gdy zacząłem kombinować ze stawianiem kroków pomyślałem, że to już koniec. Byłem załamany. 
Tak smakuje życie!
   Uznałem jednak, że co ma być to będzie. Na sobotnich zajęciach BBL trener powiedział ważne zdanie - tak długo jak mięśnie dają radę, tak długo możesz biec. A ja, jak wspomniałem, miałem wrażenie, że ZARAZ stracę czucie w nodze. Tak więc póki mogę biec będę biegł, choćbym za chwilę miał przetestować twardość asfaltu.
   Po nieco wolniejszym 18. tysiączku (4:11) znowu zwiększyłem tempo - 4:08. W tym momencie zamieniłem kilka zdań z innymi biegaczami. Na moment oderwałem myśli od nogi i co? I nic! Właśnie - NIC! Dalej biegłem. A więc może jednak uda się przebiec jeszcze chociaż kilka najbliższych kilometrów w dobrym tempie? Będę walczył!
   Połówkę osiągnąłem w czasie 1:29:24 - 137. pozycja. W tym momencie poznał mnie ktoś (przepraszam, że nie znam nawet imienia) stojący przy trasie, pobiegł chwilę koło mnie, zapytał jak mi się biegnie. Byłem tak pozytywnie zaskoczony, że odparłem, że leci mi się super i pognałem przed siebie. Patrzyłem na kolejnych biegaczy przed sobą i starałem się ich dogonić, aby schować się za ich plecami. Jednak kiedy tylko do nich dolatywałem okazywało się, że wolę jednak biec w szybszym tempie. Jedynie kilka razy biegłem z kimś dłużej niż przez kilkaset metrów. 
   Nim się obejrzałem dobiegłem już do nawrotu na 28. kilometrze. Do mety zostało "zaledwie" 14 tysiączków. Znałem jednak maratońskie porzekadło mówiące o tym, że "maraton zaczyna się po trzydziestce". I właśnie w okolicach owej 30. minąłem się z Małą. Przyznam szczerze, że byłem nieco zaskoczony, bo siostra wyglądała naprawdę nieźle. Nie była skonana czy wykończona. Prawdę mówiąc nawet nie wyglądała na specjalnie zmęczoną. Widząc ją uniosłem tylko kciuk w górę i krzyknąłem, że mam już 3 dyszki. Mała odmachnęła i wiedziałem, że jest z nią dobrze. Kurczę skoro ona zamierza z Grodu Kraka przywieźć nad morze życiówkę to i ja muszę się postarać. Nie będzie mi noga warunkować wyników! Powiedziałem sobie, że jeżeli na 41. kilometrze będę miał wynik około 2:54:00 to będę mógł dopiero nieco odetchnąć.
   Na 31. kilometrze zanotowałem swój najlepszy dotychczas czas 4:06. Jednak kiedy rozpocząłem podbieg w okolicy 33. tysiączka, wiatr wiał mi w twarz, tempo spadło do 4:15 i do tego odezwała się noga (i to nie tylko prawa - czułem już również lewe kolano). Pomyślałem, że to może być koniec biegu. Ok, ale jak mam to zakończyć, to chociaż z klasą - nie poddam się przed wzniesieniem tylko na szczycie. Tylko kiedy już na owym szczycie się znalazłem to nie widziałem sensu kończyć tego biegu. Co z tego, że nogi bolą? Przecież dalej biegnę mimo to!
   Przed bulwarem minąłem znajomego z Akademii Biegania, do którego krzyknąłem tylko, że fajnie, że jest nas tutaj więcej - gdańskich biegaczy! Przed maratonem nasi krakowscy znajomi z BBL ostrzegli nas, że biegnąc wzdłuż Wisły zawsze wiatr wieje w twarz i wiecie co? Mieli rację! Nad brzeg Królowej Polskich Rzek doleciałem na 34. kilometrze. 
    Co mi pozwoliło w dobrym tempie przebiec tą część trasy? Przede wszystkim kibice! Znowu kilka osób mnie rozpoznało, krzyknęło, dodało sił! Co poza tym? Brak znajomości trasy. Otóż co zobaczyłem przed sobą most wydawało mi się, że musimy na niego wbiec i odbić już w stronę Al. 3. Maja. Tymczasem przebiegaliśmy pod każdym i tak aż do 40 kilometra. Na 37. tysiączku zameldowałem się z 2:34:18, po zaledwie 77. biegaczach!
Może piwo to nie szampan, ale... :)
   Jeszcze lepiej było na punkcie kontrolnym zlokalizowanym 3 kilometry dalej. Czas 2:48:29 i 64. miejsce. A ja ani myślałem zwalniać. Ostatnie 2 kilometry poleciałem równym tempem - 4:09/km. Już nie myślałem o nogach, kontuzjach, poddawaniu się. Na ostatniej prostej dałem się już totalnie ponieść - wyrzuciłem ze swojej głowy nawet obawę przed skurczami. Byłem tak pozytywnie naładowany, że 2 ostatnich biegaczy, jakich mijałem, próbowałem zachęcić jeszcze do wspólnego ścigania. Obaj jednak odmówili. Trudno - wyrwałem sam przed siebie. Przed wbiegnięciem teren stadionu dostrzegłem jeszcze machającą Pati. Uniosłem zaciśniętą pięść i poleciałem na ostatnią prostą. Przed metą, kiedy zobaczyłem na wyświetlaczu czas 2:57 z sekundami wniosłem tylko ręce w geście triumfu i przekroczyłem ostatnią matę! 
Była i Nutella
   Ostatecznie wyszło 2:57:20! Po takim właśnie czasie, od momentu wystrzału startera, na mojej szyi zawisł medal dedykowany wszystkim tym, którzy tego dnia pokonali ulicami Krakowa dystans 42 kilometrów i 195 metrów! A przede mną zrobiło to ledwie 62 biegaczy. Byłem tak uradowany, że niemalże skakałem w górę z tej radości. Po okryciu się folią, zamieniłem kilka zdań z innymi maratończykami, pobrałem izotonik i wodę i ruszyłem w stronę wyjścia. W progu dostałem jeszcze butelkę piwa - Krakauer Niefiltrowane. Piwo, pierwsze piwo, które mogłem sobie wypić bez żadnych wyrzutów, od tak po prostu, po kilku miesiącach treningów! Nie wiem czy ktokolwiek zdaje sobie sprawę jak mi ono smakowało. 
Lody chałwowe -
czasem smakują lepiej niż życiówka!
   A kawałek dalej czekała na mnie już Pati. Buziakom i uściskom nie było końca. Ponadto moja Narzeczona była tak kochana, że w międzyczasie poleciała do hotelu wyjęła z mojej torby kurtkę i spodnie, żebym nie zmarzł po biegu. Nie zapomniała też o słodkiej niespodziance i wzięła holenderskie krentenbollen, które zostawiłem rano w bagażu.
   Chwilę później na mecie pojawiła się Mała. Planowała złamać 4h i plan wykonała. I to w jakim stylu! Czas 3:50:58 to nie w kij dmuchał! Zaledwie 80 kobiet mogło tego dnia cieszyć się z lepszego rezultatu!
   Tak więc wszyscy uradowani ruszyliśmy do hotelu. A tam dalsza część niespodzianek dzięki Mojej Jedynej! Pati nie zapomniała o lodach chałwowych. Mało tego, przed biegiem Mała śmiała się, że po takim wysiłku bez żadnych wyrzutów sumienia pochłonie słoiczek Nutelli. I co? Pati zadbała też o owy słoiczek! Przypomnę tylko, że pobyt w hotelu to również prezent (bożonarodzeniowy) od Niej! I jak ja mam jej nie kochać? Sama nie biega, a jest ze mną na każdych zawodach, stoi godzinami przy trasie. Nie ważne czy mróz czy słońce, czy wiatr czy deszcz - ona stoi i robi zdjęcia! Pamięta o takich szczegółach jak ciepłe ubranie po biegu. A do tego jeszcze zawsze czymś ekstra zaskoczy. Dziękuję Ci Skarbie!
Bo prawdziwy medal należał się dla NIEJ!
   Około godziny 15 wymeldowaliśmy się z hotelu i ruszyliśmy w stronę dworca. Jako, że mieliśmy jeszcze kilka godzin do odjazdu wybraliśmy się na obiad. Pizza - tak, pizza. Coś, czego próżno szukać w moich tabelach kalorii z ostatnich blisko 2 lat. Niecodziennie się jednak zdarza łamać 3 godziny. Tak więc po raz kolejny tego dnia wyrzuty sumienia sobie odpuściłem. 
   Około 17:40 zapakowaliśmy się do autokaru i ruszyliśmy w drogę powrotną na północ. Z Krakowa wieziemy 2 życiówki, mnóstwo zdjęć i co najważniejsze, wiele cudownych wspomnień. Biegnąc po tak naprawdę zupełnie obcym mi mieście czułem się jak w domu. Ludzie mnie poznawali, dopingowali, krzyczeli, dodawali sił. W dużej mierze to właśnie dzięki Wam dałem radę. Dlatego serdecznie za wszystko dziękuję! Jesteście WIELCY!






29 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  2. To było pewne, tylko kontuzja mogła uniemożliwić :) Teraz czas złamać 4 min na każdym kilometrze w maratonie :)

    Gratuluję .

    OdpowiedzUsuń
  3. Gratsy! Szkoda, że nie pogadaliśmy, mignąłeś mi tylko dwa razy przed startem z daleka :)

    Krejpek

    OdpowiedzUsuń
  4. Gratulacje! typowałem 2:57:15 w Twoim konkursie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem! Powiem Ci tak - wygrałeś :) Na dniach powinienem napisać krótkiego posta z podsumowaniem :) Dokładnie wszystko sprawdzę i poproszę Cię o adres do wysyłki :)

      Usuń
    2. Przyznaj się że Ci się tak moja propozycja spodobała, że biegłeś w ten deseń ;)

      Usuń
    3. Następnym razem będę się od razu Ciebie pytał na ile mam biec :)

      Usuń
  5. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  6. Świetny bieg! Gratuluję :)
    Kraj zyskał kolejnego 3jko-łamacza.

    OdpowiedzUsuń
  7. gratulacje fajnie sie czytało dobra motywacja :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Gratulacje!
    Siedzieliśmy sobie chwilę na mecie na ławce, skądś Cię kojarzyłem ale głowa była skołowana zakończonym biegiem ;) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  9. Wspanialy wynik - gratuluje ;)
    Ja wiem jak to piwo smakuje ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Gdy się spotkaliśmy na trasie pomyślała o Tobie coś podobnego, że masz moc i 3 godziny na bank będą złamane ;-) Jakiś czas późnej, kiedy to ja byłam w granicach 30. km spojrzałam na Garmina, pokazał 2h 45 min byłam pewna, że Błonia już masz blisko ;-)

    Oczywiście dla Pati wielkie podziękowania, szczególnie za Nutellę!!!!! Co prawda miała być wciągnięta na raz, jednak będę się rozkoszować kilka dni ;D

    OdpowiedzUsuń
  11. Gratulacje! Świetny wynik! No ale pracowałeś na niego uczciwie, więc Ci się należało :) Siostra też nieźle dała czadu, podziwiam! Moniko - wielkie gratulacje! Może Ty też założysz takiego motywującego bloga?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :-) Kiedyś przeszła mi przez głowę myśl o blogu, jednak nie jestem tak sumienna jak Michał i zdecydowanie nie posiadam takiego talentu redaktorskiego :-)

      Usuń
    2. A może posiadasz, tylko jeszcze nie odkryłaś :) Pozdrawiam

      Usuń
  12. Naprawdę mega ekstra się czytało. Prawie jakbym tam była :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Gratulacje!!! Dla Ciebie i dla Moniki! :-)

    OdpowiedzUsuń
  14. mistrz! gratulacje! jest plan na kolejny maraton? może zawitacie na Śląsk? :)

    OdpowiedzUsuń