Na skróty

14 października 2013

Co się odwlecze to... Rachunki wyrównane

Pobiegane...
   Wolny poniedziałek? Nie dzisiaj. A to wszystko z kilku powodów. Poniedziałek był wyjątkowo "nie wolny". Otóż pierwszy raz pokonałem jednorazowo 50 kilometrów i tym samym przekroczyłem barierę 170 kilometrów w ciągu ostatnich 7 dni! Może Dla na niektórych te liczby nie robią wrażenia, ale mnie strasznie cieszą. W końcu udało mi się pokonać kolejne bariery. Ale wróćmy jeszcze do niedzieli.
   Pierwsza niedziela w nowym mieszkaniu i tym samym pierwsza okazja do wspólnego treningu z Pati. Rower przyprowadziłem już w piątek, w związku z czym Moja Narzeczona została pozbawiona argumentu, aby zostać w domu. Zerwałem się skoro świt, zjadłem owsiankę, a następnie obudziłem Patrycję i ruszyliśmy na podbój nadmorskich alejek.
   Zaplanowałem, że pokonamy około 30 kilometrów, a więc czekało nas sporo kręcenia się. Nie lubię takiego biegania "w tę i nazad", ale uznałem, że będzie o wiele lepsze niż zwiedzanie miasta czy wycieczka poza miasto. To miał być wspólny, a więc i przyjemny trening. A nie wiem czy takowy by był, gdybyśmy co chwilę stawali na światłach, manewrowali między dziurami czy wspinali się na okoliczne pagórki. Biegi krosowe i przełajowe pozostawię sobie na samotne treningi.
   Z Parku Reagana polecieliśmy w okolice gdańskiego molo. Tam zawróciliśmy i rozpoczęliśmy podróż w stronę molo sopockiego, a dalej granicy Sopotu z Gdynią. Kiedy skończył się chodnik po raz kolejny zrobiliśmy nawrotkę i pomknęliśmy do Gdańska, do Parku Reagana.
   Kiedy już tam dotarliśmy to co zrobiliśmy? Tak - kolejny "zwrot akcji" - kierunek, tak jak ostatnio, sopocko - gdyńska granica. Tym razem jednak Pati została w okolicy molo, a odcinek od popularnego "Monciaka" do Gdyni i z powrotem poleciałem sam. I to dosłownie poleciałem, bowiem uznałem, że to jest dobra okazja, żeby pobudzić do pracy szybkokurczliwe włókna mięśniowe. Niech i one mają coś z tego treningu ;)
...pojedzone...
   Cztery szybkie kilometry i już chwilę później mknęliśmy znowu razem do Gdańska. Zanim jednak dobiegliśmy do domu, zawitaliśmy w lokalnej piekarni. I tym razem to był błąd. W ostatnim czasie lubię sobie pofolgować z jedzeniem, a już szczególnie kiedy, jak sobie mówię - mam ku temu podstawy w postaci wybieganych kilometrów. Na malutkim kawałeczku ciasta się nie skończyło i znowu pojawiły się wyrzuty sumienia.
   I to również one miały wpływ na taki, a nie inny poniedziałkowy poranek. Swoją rolę odegrała też na pewno chęć zmierzenia się z większym dystansem oraz fakt, że ostatnio będąc w Pępowie wróciłem rowerem zamiast biegiem. Po tamtej piątkowej wycieczce pozostał pewien niedosyt!
   To, co jednak przeważyło szalę, to fakt, że naprawdę miałem ochotę wyjść pobiegać. Pogoda była wręcz idealna. Czułem się rewelacyjnie. Ponadto lada moment pójdę do pracy, obrona tuż tuż, do tego ślub coraz bliżej. Mogę po prostu już nie mieć czasu na takie spontaniczne wyrwanie się na kilka godzin z domu.
   Tak więc wskoczyłem w spodenki Compressport i wyruszyłem! Problemy zaczęły się po około... 2 kilometrach. Ból z tyłu kolana (w tym miejscu jest takie ścięgno (?) które jak przesuniemy palcem i przeskoczy, to czujemy jakby nas prąd kopnął - to właśnie w tym miejscu był dzisiaj problem), a do tego... krew z nosa. Na szczęście to pierwsze nie nie umożliwiało biegu, zaś w przypadku tego drugiego pomógł papier - ten sam, który miałem w pasie po ostatniej wizycie na BP :)
   Już przed biegiem powiedziałem sobie, że nie będę zaprzątał sobie głowy tempem. Zero kontroli czasu - taki był plan. I w zasadzie udało się go zrealizować, bo niby jak miałoby się nie udać, skoro wciąż latam bez Gremlina. Mam nadzieję, że to się niedługo zmieni. Nie żebym miał coś przeciwko Endomondo czy bieganiu z telefonem. Jednak szlag mnie trafia jak muszę wygrzebywać z pasa swoją cegłówkę na każdym przejściu dla pieszych. Wolę już biegać w kółko i czekać na zmianę światła.
   Do Pępowa dotarłem bez większych problemów. Jedynie w Czaplach zostałem zaatakowany przez stado trzech psów. Aczkolwiek udało mi się ujść bez szwanku.
   To co mogę napisać to to, iż podczas takiego biegu człowiek ma za dużo czasu na myślenie. Jak już przemyśli się, przeanalizuje wszystko co istotne i ważne, to przychodzi czas na "głupie myśli". Kiedy minąłem Rębiechowo w mojej głowie pojawiła się myśl, że takie bieganie w samotności tylu kilometrów, bez wody, bez jedzenia może być bardzo niebezpieczne. A jeszcze teraz tyle się w mediach mówi o "zabójczej aktywności fizycznej", a przecież żadnych badań nie robiłem. Generalnie głupoty i brednie jak cholera, ale tak nastraszyłem sam siebie, że na Osowie wleciałem do pierwszego lepszego sklepu i kupiłem 2 banany i izotonik.
   Po takim "posiłku" jedyne o co się obawiałem, to zgaga i rewolucje żołądkowe. Jednak i z tym nie było problemu. Zbieg Spacerową w dół to już sama przyjemność. Podobnie jak odcinek z Oliwy na Przymorze.
...a po wszystkim nawet schody
nie były straszne :)
   Jednak kiedy doleciałem pod dom okazało się, że mam w nogach "zaledwie" 46,8 kilometra. Kurczę nie jestem fanem wydłużania sobie treningów na siłę. Tyle wyszło więc na tylu trzeba zakończyć - taką wyznaję zasadę. Jednak byłem zaledwie 3 kilometry od magicznej piątki w rubryce "dziesiątki kilometrów". Jeżeli teraz przerwę, to następnym razem będę musiał zaczynać od zera.
   No i uległem. Spod bloku poleciałem do Paru Reagana, pokonałem trasę ParkRun, a następnie pokręciłem się jeszcze między blokami.
   W sumie pokonałem 50 kilometrów i 36 metrów w czasie 4 godzin 10 minut i 31 sekund. Po treningu czułem się rewelacyjnie. Żadnych problemów, pobolewań, stłuczeń - nic. Nawet teraz, kiedy już ostygłem, jest naprawdę nieźle. Czuję dystans w nogach, ale gdybym musiał, to spokojnie mógłbym wyjść potruchtać. Jednak to tylko gdybym musiał - lepiej nie kusić losu. Głupio byłoby stracić zdrowie biegając... dla zdrowia :)
   A po treningu małe zakupy i pyszny obiad z Ukochaną. Okazało się, że kasza gryczana, kurczak i masa warzyw jest nie gorszą pobiegową nagrodą niż produkty piekarniczo - cukiernicze. Kto by pomyślał :)

2 komentarze:

  1. Mój rekord to bodaj 78, ale podczas zawodów na orientację i zajęło mi to chyba z 12h;)

    OdpowiedzUsuń