Na skróty

6 października 2013

Czas złapać oddech


I LBP - 14.10.2012
   Po zaledwie 3 treningach w nowej, gdańskiej lokalizacji ponownie spakowałem manatki i wyruszyłem w świat. Tym razem jednak nie był to wyjazd na żadne zawody, choć do ostatniej chwili nie wiedziałem czy nie wystartuję w jakimś biegu. Otóż wybraliśmy się z Patrycją w odwiedziny do mojego rodzinnego domu.
   Kaszuby są piękne i nie zamienił bym ich na żadne inne miejsce. Jednak Warmia też ma swoje uroki. W sobotę znowu mogłem się o tym przekonać.
   Wstałem skoro świt? Nie, raczej nie. Bowiem śniadanie jadłem po 6, a sam trening zacząłem dopiero chwilę przed 9. Oczywiście zanim wybiegłem zaserwowałem jeszcze swoim ukochanym kobietom pyszną kawę.
   W związku z tym, że nie mam Gremlina latam z telefonem, co wiąże się z koniecznością zabierania ze sobą na trening pasa biegowego. Przed pierwszym treningiem obawiałem się, że może to być niewygodne, że może mnie drażnić. W ogóle byłem negatywnie nastawiony do latania ze zbędnym balastem. Jednak ten pas jest rewelacyjny. Lekki, wygodny, a co najważniejsze - w trakcie biegu w ogóle nie czuję, że mam go ze sobą.

   Była godzina 8:46 kiedy wcisnąłem przycisk START i wyruszyłem przed siebie. Nie będę nikogo czarował - początek treningu, tak jak na ostatnim maratonie, był dla mnie mało przyjemny. Nie miałem jakoś specjalnie ochoty na bieg, wydawało mi się, iż nie mam siły. Dopiero po pokonaniu kilku kilometrów wszystko zaczęło wracać do normy.
I LBP - 14.10.2012
   Jeżeli chodzi o trasę to niespecjalnie miałem ochotę na kombinowanie. Wiedziałem, że obiegając Jezioro Wielochowskie zrobię około 12 kilometrów i tak dystans mnie zadowalał. Ewentualnie w grę wchodziło wydłużenie końcówki biegu o jakieś góra 2 kilometry.
   Początek tak jak pisałem - dość ciężki. Jednak z każdym kolejnym krokiem było lepiej. Po około 9 kilometrach podjąłem decyzję, że faktycznie, nadłożę nieco dystansu i polecę nieco na około, przez miasto.
   Aczkolwiek kiedy byłem już w centrum, pomyślałem, że może warto by było pobiec na stadion miejski, gdzie miał się odbyć II Lidzbarski Bieg Przełajowy i chociaż się przywitać ze znajomymi. Chciałem nawet wystartować, jednak okazało się, że w dniu imprezy nie ma już zapisów (mimo, że na liście było około... 30 osób). Ponadto opłata w wysokości 50 złotych za tak, bądź co bądź, słabo zorganizowany bieg na 10 kilometrów, wg mnie była przynajmniej kilkukrotnie zawyżona.
   No ale dzisiejszy wpis to nie relacja z II LBP tylko opis treningu. A więc planowałem, że dolecę na stadion, a stamtąd zadzwonię po Patrycję i razem wrócimy samochodem do domu. Jednak kiedy okazało się, że zatrzymując stoper na trybunie mam w nogach zaledwie 14 kilometrów uznałem, że spokojnie mogę wrócić w taki sam sposób jak się tutaj znalazłem.
A już niedługo II edycja biegu w Tczewie :)
   Tak więc pod dom poleciałem na własnych kończynach, po drodze zahaczając jeszcze o sklep. Bieganie z telefonem nie stanowi najmniejszego problemu, ma jednak pewien, drobny minus - brak możliwości kontroli tempa. Żadnych sygnałów dźwiękowych nie zamierzam sobie ustawiać - nie lubię biegać ze słuchawkami, a nie chciałbym również informować wszystkich dookoła o przebiegu mojego treningu. Dlatego jak już wrzucę telefon do pasa to staram się go wyjmować dopiero po zakończeniu treningu.
   I tym oto sposobem wczoraj pokonałem 17 kilometrów i 480 metrów w czasie 1:34:03. Średnie tempo wyniosło więc 4:48/km, co przy moim obecnym stanie jest nieco zbyt mocnym wynikiem. Maraton w Berlinie na pewno jeszcze jakiś czas będzie mi o sobie przypominał :)

1 komentarz:

  1. Zazdroszczę obłędnych wyników na wszystkich dystansach!!!

    OdpowiedzUsuń